Centrum Interwencji Kryzysowej
Gdańsk - Nowy Port
Plac Księdza Prałata Gustkowicza 13
Telefon: (58) 511 01 21, 511 01 22
e-mail: centrum@cik.sos.pl
www.cik.sos.pl
www.przemoc-w-rodzinie.pl
Gdańsk - Nowy Port
Plac Księdza Prałata Gustkowicza 13
Telefon: (58) 511 01 21, 511 01 22
e-mail: centrum@cik.sos.pl
www.cik.sos.pl
www.przemoc-w-rodzinie.pl

Interwencja w Gruzji
Żarty się skończyły. Moje dotychczasowe doświadczenia z interwencji kryzysowej, które od dziesięciu lat nieudolnie weryfikuję w warunkach pokojowych, teraz mam okazję sprawdzić w warunkach wojennych. Jadę do Gruzji. Taką dość niespodziewaną propozycję zawdzięczam Gdańskiej Fundacji Oświatowej i Polsko - Amerykańskiej Fundacji Wolności, które wespół realizują projekt wsparcia dla gruzińskich szkół, zaplanowany znacznie wcześniej, niż doszło do konfliktu zbrojnego pomiędzy Gruzją, a jej stokroć większym sąsiadem – Rosją. Pierwotne założenia projektu, tj. edukację w zakresie przeciwdziałania szkolnej agresji rychło trzeba było zmieć, mając na uwadze, oczywiste w tej sytuacji, potrzeby tamtejszych psychologów szkolnych. Oni i ich uczniowie musieli zmierzyć się z grozą wojny. Ale dla mnie to po prostu fascynujące wyzwanie. Może dlatego tak fascynujące, bo należę - na szczęście - do pokolenia, które nie zaznało wojny. Znam ją wyłącznie z opowieści i filmów wojennych. I niech już tak zostanie. Jadę z dwiema Ewami – szefującymi dwóm gdańskim ośrodkom psychologiczno -pedagogicznym, które będą realizować wcześniej zaplanowaną część projektu, poświęconą rozwiązywaniu problemów wychowawczych. Pod opiekuńczymi skrzydłami i przywództwem Bożeny i Doroty zarządzających Gdańską Fundacją Oświatową. Wszyscy zaś, ukrywamy się za plecami dzielnego „wojennego”, czyli Piotra, psychologa w szarży pułkownika WP, doświadczonego m.in. w czasie irackiej misji .
Moje spotkanie z Gruzją zaczyna się już w Monachium, gdy w plastikowych wnętrzach przeraźliwie poprawnego lotniska, w kolejce do odprawy celnej ustawiają się mężczyźni o naturalnie groźnym spojrzeniu i olśniewającej urody, ciemnowłose kobiety. Jestem pod wrażeniem. Lądujemy w Tbilisi o 3.00 rano tamtejszego czasu i wszyscy stoimy oniemiali doświadczając hałaśliwego, miejskiego zgiełku, mimo nieprzyzwoicie późnej (wczesnej?) pory. W hali portu setki przylatujących, odlatujących osób i tłum oczekujących przed barierkami dla odprawionych. Na ulicach jazgot samochodów jeżdżących w każdym możliwym kierunku. W porównaniu z Tbilisi, polskie lotniska zasypiają jak małe, grzeczne dzieci, zaraz po dobranocce. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że nocne hałasy ulicy będą mi towarzyszyć przez cały okres pobytu w Gruzji. Szybko przekonujemy się, że w Tbilisi panuje względny spokój. Wprawdzie na lotnisku pakują się i wypakowują zmieniające się ekipy z kamerami i wielkimi technicznymi walizkami, wydającymi się skrywać cenną broń, z którą nie chcą rozstawać się jej posiadacze. Przed port podjeżdżają białe pickupy ze znakami UN na burtach. Ale wystarczy kilka chwil w mieście, żeby zapomnieć o wojnie. Nocne Tbilisi z okien szybko jadącego samochodu wygląda jak warszawskie Powiśle, czy gdańska Orunia. Sztuczny, kolorowy blask sodowych lamp, krzykliwe neony, rudery i ultranowoczesne domy na przemian. Bezład. Tylko te wzgórza dookoła. Wszędzie, gdzie nie spojrzysz poza pierwszą linię domów i najbliższych ulic, zobaczysz wysokie, chyba skaliste wzgórza, które nie bacząc na brzęczącą rzeczywistość doliny, spokojnie otaczają miasto. A na każdym szczycie dziwnie odległe: cerkiew, pałac, monument, którego przeznaczenia nie znasz, nie zrozumiesz. Przed brzaskiem lądujemy w cudownie absurdalnym, socrealistycznym pałacu. „Hrabini” – prawdziwa dama, jak z niemodnego rosyjskiego romansu, przyjmuje gości hotelowych w przeogromnym gmachu, na którym łatwo poznać rękę architektów i budowniczych Pałacu Kultury i Nauki.. To z pewnością dar bratniego narodu. Holl godny carów i ich dworu, schody jak w scenie z filmu „Pancernik Potiomkin” (Eisensteina), komnaty wielkie, że zmieściłyby wszystkich uchodźców z Osetii i Abchazji. Za oknami maszkarony i rzygacze. A wszystko to okraszone wiszącymi na drutach świetlówkami, tajemniczymi przewodami wystającymi ze ścian, zakurzonymi pocztówkami i plakatami na ścianach. We wnęce mojego okna, na zewnątrz budynku tajemniczy napis wyryty gwoździem „Semia Iwanowów tu żiła, 1956”. Ogromny, sześciopiętrowy gmach wydaje się pusty. Tylko my, na ostatnim piętrze. I duchy pijanej, sowieckiej przeszłości. Nic dziwnego, że nie sposób zasnąć do rana.
Po krótkiej aklimatyzacji poznamy naszych kolegów z Gruzji. Ten mały jak na nasze standardy, zakaukaski kraj, bo liczący niespełna 5 milionów mieszkańców, nie ma szczęścia do spokoju, stabilizacji i tożsamości. W zasadzie, nieustannie znajduje się w fazie konfliktu z sąsiadami. Przez jednych jest postrzegany jako ofiara, przez innych – jako agresor. Od wieków stał na szlaku hord arabskich, mongolskich, tureckich, był niespokojnym etapem legendarnego traktu handlowego – Jedwabnego Szlaku, poddawany był rozbiorom i rusycyzacji. Był enklawą chrześcijaństwa już w IV w. ale był też miejscem narodzin pierwszych bolszewickich rad dających zalążek fatalnemu w skutkach Krajowi Rad. Stąd wywodzili się wielcy romantycy i demoniczni dyktatorzy. Tutaj wyznaje się, zarówno swoisty kult biesiadowania, ballad sławiących romantyczne uniesienia, jak i etos okrutnej walki, odwetu, wendetty. Tutaj kościoły prawosławne sąsiadują z ostatnimi na świecie pomnikami Stalina, a w powietrzu unosi się duch innego złowieszczego Gruzina - Berii. Kraj, który na dobre nie wie: jest już Europą, czy jeszcze może Azją (takie pytanie zadał mi jeden z poznanych tam młodych ludzi)? Może dlatego ten kraj, tak wielu z nas wydaje się dość bliski?
Pracowaliśmy w Gruzji z grupą ponad 50 psychologów i pedagogów. Głównie kobiet, bo tak jak i u nas, te zawody są w Gruzji dramatycznie sfeminizowane. Większość z nich przyjechała z rejonu Gori. To właśnie do tego miasta i następne dobre kilkadziesiąt kilometrów dalej, sunąc spokojnie w kierunku stolicy wkroczyła, kierując się rządzą odwetu armia rosyjska, gdy tymczasem świat bawił się groteskową olimpiadą w Pekinie. Widziałem spalone lasy, winnice i budynki, w których na gwałt wymieniano wszystkie szyby. Pozostali uczestnicy zajęć pochodzili z Tbilisi, które też miało swoją traumatyczną hekatombę. W pierwszych dniach konfliktu - jak opowiadali nam świadkowie - każdy kto miał, choćby rower wsiadał i uciekał na nim w popłochu. Na szosie, gnając w kierunku granicy tureckiej znalazło się kilkadziesiąt tysięcy osób. Wszyscy ci ludzie przeżyły traumę błyskawicznej i niespodziewanej wojny. Wojna ta, zgodnie z prawidłami każdego większego kryzysu, rzuciła swoje ofiary w wir kolejno następujących po sobie etapów: heroizmu, miodowego okresu i etapu utraty złudzeń. Heroizmu, gdy chwilowe zaskoczenie i zamęt pierwszych chwil udaję się przezwyciężyć dzięki poczuciu wspólnoty, solidarności i nienawiści do wroga. Co, razem z adrenalinowym „strzałem” pozwala wyzwolić w całym narodzie nadzieję i wolę walki. Sprawia, że ludzie odważnie wychodzą na wiec i wykrzykują swoje racje.
Miodowego okresu, gdy zainteresowanie i uwaga całego świata, powszechna życzliwość i współczucie, wyrazy poparcia płynące zewsząd, czy wizyty przywódców zaprzyjaźnionych państw - dodają otuchy, budzą nadzieję, ale także: skutecznie znieczulają nie pozwalając dostrzegać realnych zagrożeń, reagować na uzasadniony ból i odczuwać, adekwatnego do sytuacji niepokoju o przyszłość. Także dlatego, że wszędzie wokoło widowiskowo rozwijają swoje obozowiska ekipy telewizyjne, a na ulicach parkują potężne tiry z pomocą humanitarną. To okres, w którym można uwierzyć, że nic właściwie się nie stało, a za jakiś czas wszystko wróci do normy. Wreszcie, etap utraty złudzeń. Wtedy, gdy okazuje się, że świat mediów, globalnej polityki, a nawet aktywność organizacji charytatywnych zwraca się ku innym częściom świata. Bo przecież, gdzieś tam, też doszło do konfliktu, tragedii, albo kryzysu ekonomicznego. Wtedy, z całym okrucieństwem, dociera do poszkodowanych świadomość, że nic już nie będzie takie same, jak przed konfliktem. Wtedy też, równie uciążliwe, co poważne straty stają się drobne niedogodności. Przecież brakuje prądu, nie ma książek, zeszytów. Szkoła została zburzona, więc uczyć trzeba się w starej hali produkcyjnej. Zresztą, nauka nie wydaje się najważniejsza. Ważniejsze, żeby nasycić żołądek i przestać się bać, przestać myśleć. Najprościej jest zdobyć alkohol (a Gruzja słynie z win i doskonałych koniaków) i narkotyki (Gruzja jest krajem leżącym na starym szlaku przemytniczym). Na dodatek, z odległego świata zaczynają docierać świadectwa druzgocących wątpliwości. Kto zawinił? Kto wywołał tę wojnę? Czy aby na pewno Gruzja była w niej ofiarą? To w tej fazie społecznego przeżywania kryzysu przyjechaliśmy do Gruzji.
Pierwsze zajęcia, szczególnie te, poświęcone stresowi i sposobom radzenia sobie z obciążającymi emocjami pozwoliły uczestnikom ujawnić ogromne pokłady nienazwanych i nieuświadomionych emocji. Nasze prezentacje i powolnie nawiązywane rozmowy, mimo konieczności korzystania z pośrednictwa tłumaczy – język gruziński (kartwelska grupa języków kaukaskich) jest bowiem dla nas kompletnie niezrozumiały, a rosyjski nie cieszy się, co oczywiste, specjalną popularnością - krok po kroku otwierały drzwi do skrywanych: smutku, lęków, żalu za utraconą przeszłością, spokojem, itp. A co jeszcze bardziej nas zaskoczyło - nawet tak neutralne jak wydawało się, w treści i formie zajęcia, jak te poświęcone problematyce czysto szkolnej, kwestii sposobów rozwiązywania problemów wychowawczych, technik związanych z opieką, socjoterapią, interwencjami w trudnych wychowawczo sytuacjach, wywoływały „dziwne” reakcje uczestników. Na przykład: szloch podczas oglądania instruktażowego filmu przeznaczonego dla polskich nauczycieli. Gdy jednak uświadomić sobie, że w ten sposób naraziliśmy uczestników szkolenia na gwałtowną konfrontację dwóch, kompletnie odmiennych rzeczywistości: tej naszej - sielankowej w oczach gruzińskiego widza, mimo, że to tylko dość przeciętna polska szkoła, z względnie czystymi klasami, zwyczajnie ubranymi nauczycielami, pokojem nauczycielskim, w którym można pogawędzić o ważnych sprawach, ale też poplotkować na błahe tematy. I uczniami, których problemy to: zazdrość o chłopaka i chętka na nowy model telefonu. W tej konfrontacji ich szkoła, którą znają na co dzień – niezależnie od wojny zwyczajnie uboga, brudna, walcząca o przetrwanie, bo kraj i jego rządzący mają „ważniejsze” sprawy na głowie, a widok czarnowłosego dziecka, o wielkich oczach, przed którym nie możesz się opędzić, bo chodzi za tobą powtarzając hipnotycznie „pleasemoneypleasemoney...” nie jest niczym szczególnym – przegrywa z kretesem. Wtedy przestajesz się dziwić.
Dlatego, po pierwszych zajęciach musieliśmy zrewidować formy i treść zaplanowanych zajęć. Więcej elementów odreagowania, wolniej, bez pośpiechu i presji na realizację całego założonego programu. Więcej przekazów w formie metafory, przypowieści, podanych w bezpieczny, „paraterapeutyczny” sposób, z wykorzystaniem technik transowych, z dużą uważnością na uczestników i ich reakcje.
Przypuszczalnie, kształcenie psychologów i pedagogów w Gruzji, mimo, jej naprawdę bogatych tradycji uniwersyteckich odstaje znacznie od wymogów współczesności. Można było zauważyć, że nasi koledzy, wzorem akademików sowieckich, dość swobodnie poruszają się w obszarze ogólnych teorii psychologicznych, jednak ich praktyka pracy z dziećmi zdaje się całkowicie opierać na regionalnych zwyczajach kulturowych i, co najwyżej dobrych chęciach i intuicji. Takie obszary, jak techniki wsparcia psychologicznego, interwencja kryzysowa, terapia, w tym terapia uzależnień i różne formy pomocy dzieciom, są prawie nieobecne, jako świadczenia psychologiczne. Tym bardziej, że w Gruzji psycholodzy jako grupa zawodowa, obecni są jedynie w cerkwi, pełniąc rolę konsultantów rodzinnych oraz w szkołach. Więc, choć i naszemu systemowi daleko od doskonałości, dzieląc się własnymi doświadczeniami możemy zdziałać cuda. Nasi rozmówcy wykazywali ogromne zainteresowanie praktycznymi technikami, przydatnymi w pracy, w konkretnych sytuacjach problemowych. Trudno było opierać się gorącym prośbom o prezentacje gotowych scenariuszy, krótkie algorytmy i procedury. I, przyznaję, że nie łatwo było mi wyjaśniać, że sama technika bez świadomego wglądu w proces terapeutyczny jest nie przydatnym, a może być nawet szkodliwym substytutem leczenia.
Inną kwestią była otwartość na rozmowę na „trudne” tematy. Kilkakrotnie wywoływany przez nas temat przemocy w rodzinie, przemocy wobec dzieci, nadużyć, gwałtów wydawał się poruszający, ale okazywał się być tematem zbyt trudnym i chyba zbyt obcym tamtejszej kulturze. Mogę jedynie podejrzewać, że w społeczności, w której mężczyzna faktycznie odgrywa rolę wyraźnie dominującą (choć w deklaracjach to właśnie wokół kobiety toczy się całe życie rodzinne), przemoc w rodzinie nie jest zjawiskiem nieznanym, ale wciąż skrywanym. Pewnie jeszcze lat i różnorodnych działań w zakresie edukacji społecznej trzeba, aby problemy te wyszły z mroków społecznej, wstydliwej tajemnicy. Podobnie jak w Polsce lat 80-ych. Tymczasem, nasz pobyt w Gruzji obfitował w wiele różnych atrakcji. Najbardziej ekscytujących przygód dostarczały niezmiennie przejażdżki samochodem po ulicach Tbilisi, gdzie wydawać by się mogło - żadne przepisy nie obowiązują. Pierwsza jazda z gruzińskim taksówkarzem przypominała jazdę w kolejce typu „rollercoaster”. Piszczysz ze strachu tak samo, tyle, że niebezpieczeństwo które ci grozi jest nadzwyczaj realne. Jadąc po ulicach Tbilisi doświadczysz wyprzedzania na „czwartego”, czasem „piątego”. Tylko tam możesz przekonać się, że stara Łada zmieści się pomiędzy dwa inne samochody, mimo, że szczelina między nimi ma najwyżej 100cm, tylko tam przekonasz się, że kierunkowskazy są kompletnie zbędnymi światełkami w twoim aucie. Ulica gruzińska urzeknie cię pewnie, tak jak mnie wielu innymi niespodziankami i paradoksami. Jak choćby groteskowym koktajlem błyszczących Lexusów, Mercedesów i postradzieckich Wołg, Czapajewów, czy rozkosznych „gruzawików” .
A jeśli nie ekscytują cię takie przygody motoryzacyjne, z pewnością nie będziesz obojętny na urok gigantycznych, pradawnych rozlewisk rzecznych, skalnych miast, nostalgicznych cerkwi rozsianych na szczytach wzgórz. No i ten śpiew, który całkiem niespodziewanie możesz usłyszeć w podrzędnej knajpie. Wielogłosowy, harmoniczny, który rozlega się podczas tradycyjnej kolacji (supra), którego mistrzami mogą okazać się przygodnie spotkani, młodzi ludzie. Słyszysz go wtedy długo w nocy. Być może nasza wizyta to nie koniec pomocy dla naszych przyjaciół z Gruzji. Dwoje psychologów z Gori nosi się z założeniem lokalnego centrum pomocy, takiego ośrodka interwencji kryzysowej. Chętnie będziemy gościć ich w naszych placówkach. Ale to, jak się domyślasz, zupełnie inna historia.
październik 2008
"Dziecko w naszym Centrum"
Czy oglądali Państwo film ze znakomitymi Andy Mc Dowell i Billem Murrayem pt. „Dzień Świstaka”? Jeśli tak, to wiecie, co mam na myśli. Wiecie co przeżywamy w ośrodku, w którym pracuję – gdańskim Centrum Interwencji Kryzysowej PCK - gdy kolejny, nowy dzień przynosi znane już, dokładnie takie same wydarzenia, jakich mieliśmy już okazję doświadczyć wiele razy wcześniej. Z przedziwną regularnością, najczęściej wczesnym popołudniem otwierają się drzwi ośrodka, staje w nich młoda dziewczyna, prosi o rozmowę w „cztery oczy” i opowiada historię, którą już przecież słyszeliśmy kilkadziesiąt razy. Nazywamy to naszym „Dniem Świstaka”.
Ona
Mieszka w Gdańsku, zwykle w tej samej, dużej dzielnicy naszego miasta, tam gdzie, jak zwykle smutne, dziesięciopiętrowe bloki stojące na wzgórzu przepychają się z hulającym bez ustanku wiatrem. W dzielnicy, która wcale nie jest na czele listy najgorszych (czytaj: najgroźniejszych) gdańskich dzielnic. Ma rodziców, liczne rodzeństwo, swój pokój dzieli z młodszą siostrą i czasami kłóci się z nią o drobiazgi. Ubiera się tak modnie jak potrafi i na ile wystarcza jej „kieszonkowego”. Zwykle zresztą nie dostaje go w ogóle. Wiele ciuchów pożycza od koleżanek, kupuje w „lumpeksach”, niektóre kradnie. Na rękach i nie tylko, ma kolczyki, tatuaże, sznyty, a włosy farbuje na okrutną czerń, która zupełnie nie pasuje do jej ładnych, słowiańskich oczu i bladej karnacji. Przed wejściem do CIK-u, w pośpiechu zaciąga się papierosem i nadrabia miną, choć w środku cała trzęsie się ze strachu.
A potem powoli, z wielkim trudem, walcząc ze wstydem i ciągłymi wątpliwościami opowiada nam: o terrorze psychicznym w jakim żyje od zawsze, o brutalnych gwałtach i jeszcze gwałtowniejszym biciu, o przeraźliwie chłodnej obojętności i niewidzących oczach najbliższych, o „lepkich” rękach „przyjaciela” mamy, o skutecznych manipulacjach ojca, który wszystkim wmawia jej „nienormalność”, chorobę psychiczną i w przypływie czułości dotyka jej piersi, ud, ..., o matce, która przegląda każdą kieszeń i czyta jej najskrytsze zapiski, o wspólnym pijaństwie z „wujkiem”, który kupował jej alkohol, o nocach spędzanych w łóżku z dziadkiem... , o fizycznej, emocjonalnej i seksualnej ... bezsilności.
To nie koniec.
Potem były pierwsze, nieudane niestety, próby ratowania się z opresji, gdy sama szukała wsparcia u krewnych, sąsiadów, nauczycieli czy kapłanów, ale w jej życiu nic nie ulegało zmianie. Często, jej bezgłośne wołania wywoływały tylko przerażenie i zawstydzenie w oczach powierników. Tym większa była jej bezradność. Czasami też, złamanie tajemnicy rodzinnej sprowadzało na nią zemstę i bolesne kary. Podczas gdy wokół niej wszyscy uwijali się i pędzili, zapatrzeni we własne problemy, których każdy ma w nadmiarze, ona nieśmiało próbowała się zabić. Najpierw trochę żartem, na pokaz, opowiadając o swojej próbie koleżankom i chłopakowi, później jeszcze raz i jeszcze wiele razy. To cud, że nie zrobiła tego skutecznie. Tylko jej ręce, zamiast bransoletek, noszą ślady, których nie zakryje żaden puder. Pije od kilku lat, ale niedawno zaczęła eksperymentować z tabletkami i „skunami”. Gdy pierwszy raz wynosiła pod kurtką adidasy z hipermarketu, ręce jej się trzęsły i tylko czekała, aż wypatrzy ją rosły ochroniarz w wysokich, błyszczących oficerkach. Dzisiaj zrobi to dla was bez żadnych silniejszych emocji. Dowiedziała się też o sobie wielu nowych rzeczy, takich, o jakie się nje podejrzewała. Na przykład tego, że potrafiłaby zabić.
I tak ciągle, taka sama opowieść za opowieścią, jak w filmie.
Dzieci Ulicy.
W Polsce nie ma zjawiska Dzieci Ulicy, a przynajmniej nie w takim wymiarze jak na przedmieściach wielkich, światowych metropolii. Nasze dzieci rzadko żyją i egzystują bez dachu nad głową. To pojęcie znaczy raczej tyle, że dzieci nie mają dostatecznego oparcia w domach rodzinnych i przenoszą całą swoją cudowną aktywność na ulicę. Problemem jest jednak to, że nie dość, że same są krzywdzone, to stwarzają realne zagrożenie dla innych. Kradną, biją, zabijają, prostytuują się. W ten sposób niebezpiecznie zbliżają się do tych, którzy rozpoczęli tę dramatyczną grę, do swoich oprawców. Z czasem popadają w uzależnienia, chorują lub tragicznie giną. Oczywiście, że zastanawiamy się nad przyczynami dużej brutalizacji przemocy, której sprawcami są młodzi ludzie. Często ci sami, którzy przeraźliwie potrzebują pomocy. Można domyślać się, że przyczynami są:
· zdeformowanie ich rodzin przez alkohol, a często już także inne narkotyki, · problemy socjalne, ekonomiczne, związane z tzw. transformacją ustrojową, · skoncentrowanie się rodziców na własnej aktywności zawodowej, konfliktach i walce o przetrwanie, · nierówny dostęp do oświaty, kultury, informacji, · koncentracja uwagi w szkole na efektywności nauki, na dydaktyce, ze szkodą dla funkcji wychowawczych i opiekuńczych, · patologia działania placówek wychowawczych i resocjalizacyjnych.
Jednakże najistotniejsze jest to, że dzieci te nie mają własnego bezpiecznego miejsca. Nie mają żadnej osoby, na którą mogłyby naprawdę liczyć. Osoby bliskiej i nie nadużywającej zaufania. Często w ich rodzinach istnieją silne więzi emocjonalne, lecz najczęściej takie, które powstają gdy ludzie mają wspólną, mroczną tajemnicę, a zbliża ich strach, obawa i wstyd. Często przypominają one bardziej więź między kolegami lub rodzeństwem, niż tę, która powinna istnieć między rodzicami i dziećmi. I często dzieje się tak, że dzieci muszą przejmować role, które tradycyjnie pełnią dorośli.
Pomaganie
Ona zazwyczaj wie czego chce. Chciałaby przestać się bać, przestać się wstydzić, skończyć z nieustannym uciekaniem, skończyć z poniżaniem i traktowaniem jej jak przedmiot, wreszcie: zacząć zwyczajne życie, a jeśli nie ma innego wyjścia, to zacząć żyć samodzielnie. My chcielibyśmy jej pomóc. Działania interwencyjne polegają na zapewnieniu młodym ludziom bezpieczeństwa. Nie zajmujemy się uczeniem, karaniem, dożywianiem, ani też leczeniem naszych klientów. Tym nasza oferta różni się od propozycji szkół, pomocy społecznej lub służby zdrowia. Chcemy jednak, żeby pomoc Centrum wypełniła pustkę istniejącą między działaniami różnych instytucji. Dzieci, które trafiają do CIK muszą otrzymać pomoc polegającą na tym, że ktoś uwierzy, że grozi im niebezpieczeństwo. A strach, lęk i wstyd nie wynikają z naturalnej „burzy hormonów” i nie są oznaką odmienności, dziwactwa, jak próbują to traktować nie wtajemniczeni widzowie. Interwencja kryzysowa jest, w tym wypadku próbą pozyskania zaufania do dorosłego człowieka i do instytucji życia publicznego.
Prawa dzieci.
Rzadko jednak, potrzeby naszej młodej klientki uwzględnia krajowy system prawny, a także oświatowy. Należy pamiętać, że zgodnie z art. 95 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego władza rodzicielska trwa aż do uzyskania przez dziecko pełnoletniości (do ukończenia 18 roku życia). Ponadto, jedną z podstawowych zasad Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997r., jest zasada szeroko rozumianej ochrony rodziny, jako podstawowej komórki społecznej. Została ona wyrażona w art. 18 który stanowi, że „małżeństwo kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką RP.” Czytając uważnie te przepisy dojdziemy do frustrujących wniosków, że priorytetem w Polsce jest ochrona rodziców przed jakąkolwiek ingerencją osób trzecich w wychowanie dziecka. Dziecko, przez 18 lat życia jest niejako „własnością” rodziców.
Co jednak zrobić, gdy taka ingerencja może uratować dziecku życie? Wszak władza rodzicielska, zgodnie z kodeksem rodzinnym i opiekuńczym ma być wykonywana także w interesie społecznym? Prawdą jest, że w większości przypadków władza rodziców sprawowana jest dla dobra dziecka i wierzę, że zarówno serca jak i rozum podpowiadają większości dorosłych to, co najlepsze i najkorzystniejsze dla dziecka. W pierwszych latach XXI wieku takie myślenie jest jednak zbytnim uproszczeniem. Są przecież tego niechlubne przykłady. Ostatnimi czasy, nietrudno w naszej praktyce, a nawet w pospolitych doniesieniach mediów, o przykłady szczególnego okrucieństwa rodziców wobec dzieci.
Sposobów jest kilka. Można odwołać się, do samej Konstytucji RP, która w ust.1 art.48 stanowi, że wychowanie powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania. Wydaje się, że podstawowym warunkiem realizacji tego zapisu, powinien być obowiązek wysłuchania dziecka przed powzięciem decyzji w kwestiach jego dotyczących, o ile warunki osobiste dziecka (zdrowie, kondycja psychiczna) na to pozwalają. To oczywiste, nieprawdaż? Dalej, rozważając problem zaufania, czyli uwzględniania woli dziecka, nie sposób nie uwzględnić prawa międzynarodowego (bo nasz kodeks rodzinny i opiekuńczy dyskryminuje w tym względzie prawa dziecka), gdzie m.in. Rada Europy w dniu 28 lutego 1984r, w Rekomendacji Nr R/84/4 proponuje zmiany w ustawodawstwie, które doprowadzą do „stworzenia korzystniejszych warunków dla rozwoju osobowości dziecka i ochrony jego interesów moralnych i materialnych, przy jednoczesnym poszanowaniu równości praw jego rodziców”, tam też sformułowano zasadę (Nr3): „nakaz zapoznania się ze stanowiskiem dziecka przy podejmowaniu decyzji w sprawach obowiązków rodzicielskich”. Pomoc uzyskujemy także dzięki temu, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej źródłem naszego powszechnego prawa stały się, ratyfikowane przez nasz kraj, konwencje międzynarodowe. Znajdujemy w nich m.in. art.12 Konwencji o Prawach Dziecka (ratyfikowanej przez Polskę), która nakazuje stworzenie dziecku możliwości wypowiadania się w każdym postępowaniu sądowym i administracyjnym. Przyznam, że mimo iż staram się na bieżąco monitorować przebieg postępowań gdańskiego sądu i prokuratury w sprawach dotyczących skrzywdzonych dzieci, nigdy jeszcze nie zetknąłem się w tych instytucjach z zastosowaniem powyższej wykładni praw dzieci.
Epilog.
Nasza młoda klientka będzie żyć dalej. Niemało młodych ludzi, mimo okropnych, własnych doświadczeń radzi sobie wspaniale. Są silni, pomysłowi, inteligentni i zdeterminowani, żeby przeżyć. Jest ich cała armia. Uczą się, walczą o swoje miejsce w dobrej szkole, po jakimś czasie ubierają „mundurki” yuppies i robią karierę zarabiając pieniądze i zdobywając upragnioną samodzielność. Niektóre z naszych młodych dziewcząt rozpaczliwie czepia się pierwszej miłości i u boku równie młodego narzeczonego, z maleńkim dzieckiem na ręku zaczyna własne życie. Czasem chłopcy idą do wojska lub policji mając nadzieję na stabilizację i pewną pracę. To banalne, ale warto im pomagać. Na wszystkie możliwe sposoby, nie żałując czasu, ani pieniędzy. Lepsze to niż walka z przestępczością, lepsze niż kiepska resocjalizacja i leczenie ciężko chorych.
Krzysztof Sarzała, Gdańsk, 2004
„Jak tworzy się legenda” Prace Rady ds. Przeciwdziałania Przemocy
Rada ds. Przeciwdziałania Przemocy od kilku miesięcy kontynuuje prace w nowym składzie, ale, mimo dość istotnych zmian personalnych, stara się kontynuować działania rozpoczęte przed laty. Przypomnijmy, że idea niewielkiego kolegium doradczego, złożonego z ekspertów z całej Polski, wywodzących się różnych środowisk, zaproszonych przez Dyrektora Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych narodziła się stosunkowo niedawno. Wtedy, gdy system przeciwdziałania przemocy w kraju rozwinął się na tyle, że środowisko profesjonalistów działających w tym zakresie oraz placówek udzielających pomocy ludziom doznającym przemocy, na stałe wrosły już w rzeczywistość. Były stale obecne w działaniach samorządów gmin, powiatów i regionów, niektóre procedury i sposoby reagowania stały się śmiesznie oczywiste, nikt już nie ważył się podważać (przynajmniej wprost) potrzeby roztaczania parasola różnorakich działań ochronnych nad osobami poszkodowanymi, a nawet konieczność podejmowania działań kierowanych do sprawców przemocy była już oczywistością. Zręby podstaw prawnych realizowanych działań związanych z przeciwdziałaniem przemocy już faktycznie istniały (niektóre zapisy ustawy o pomocy społecznej, o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, inne) lub powstać miały lada moment (ustawa o przeciwdziałaniu przemocy i jej prawne „emanacje”). Że o mocno zakorzenionych już praktykach bezpłatnych, doradczych linii telefonicznych, grup, ośrodków wsparcia i pomocy psychologicznej dla dorosłych i dzieci – nie wspomnę. Wydaje się, że w dość naturalny sposób pojawiła się wtedy potrzeba porządkowania istniejącego „gospodarstwa”, i poddania ewaluacji jego skuteczności, w czym – w założeniach – miała pomóc powołana Rada, mniej lub bardziej szczęśliwie wyłoniona - uznaniowo w końcu, przez inicjatora przedsięwzięcia – prof. Jerzego Mellibrudę. Dwa lata kadencji i systematycznych spotkań pierwszego składu Rady przyniosły przede wszystkim: zapoczątkowanie działania systemu potwierdzania kwalifikacji specjalistów zajmujących się przeciwdziałaniem przemocy, kilkadziesiąt nominacji na specjalistę przyznanych osobom bezdyskusyjnie zasłużonym dla rozwijającego się krajowego systemu oraz pakiet narzędzi (testy, formuła egzaminu) do potwierdzania kwalifikacji wszystkim, którzy do takiego miana pretendują. Oczywiście, nie obyło się bez błądzenia, nieporozumień i innych grzeszków, których nie da się wytłumaczyć wyłącznie brakiem podobnych doświadczeń i pionierskim charakterem pracy zespołu. Zarówno w poprzednim, jak i obecnym składzie, Rada nie jest grupą „prestiżową”, czyli taką, której sednem obrad jest wyliczanie własnych zasług, lecz jest grupą osób posiadających własne, czasem radykalnie odmienne, ścierające się poglądy, które próbuje się godzić, mając na względzie postawione przed nią cele. Na uwagę i podkreślenie zasługuje fakt, że mimo nieoczekiwanych – bo niezwiązanych z wtajemniczeniem członków Rady - decyzji personalnych dotyczących zarządzania PARPA, wszyscy kolejni przedstawiciele Dyrekcji Agencji odnosili się do działań Rady z szacunkiem i akceptacją, co nie jest takie znowu oczywiste w naszej „śmieszno-strasznej” rzeczywistości. Obecne działania Rady stanowią logiczną kontynuację, choć rzeczywistość wokół nas nieco zmieniła się. Nie można nie zauważyć, że „międzyczas” przyniósł ustawę o przeciwdziałaniu przemocy, Krajowy Program Przeciwdziałania Przemocy i pierwsze oznaki tworzenia lokalnych (samorządowych) programów przeciwdziałania przemocy. Warto chyba wyjaśnić, że Rada, mimo iż działająca od dłuższego czasu, nie została zaangażowana przez inicjatorów wspomnianych aktów prawnych do efektywnego ich współtworzenia lub zaopiniowania chociażby, a i dalsze działania Ministerstw: Zdrowia oraz Pracy i Polityki Społecznej nie uwzględniają jakoś specjalnie doświadczeń członków Rady. Trudno nie wyrazić choćby żalu i ubolewania, bo być może skutkowałoby to uniknięciem, co bardziej niefrasobliwych zapisów pokutujących na cierpliwym papierze do dziś. Najbardziej angażujące członków Rady prace wiążą się obecnie, przede wszystkim, z wyzwaniem, jakiemu nie potrafiono sprostać w poprzedniej kadencji – zadaniem standaryzacji placówek i instytucji zajmujących się przeciwdziałaniem przemocy. To, w założeniach, miał być kolejny, konsekwentny krok w kierunku zrobienia rzetelnej „fotografii” istniejących zasobów, jakimi dysponujemy, zrobienia swoistego „remanentu”, połączonego z wyznaczeniem praktycznych ram, stanowiących model działania i dążenia. Pamiętam, że kiedy kilka lat temu gośćmi międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez IPSCAN w Warszawie (a właściwie zorganizowanej przez wielce zasłużoną tutaj Fundację Dzieci Niczyje) byli dwaj sympatyczni amerykanie, profesorowie: W. Friedrich i M. Chaffin, jeden z wykładów inauguracyjnych poświęcili właśnie systematycznej ewaluacji podejmowanych działań, zwracając uwagę uczestników na fakt, jak ważnym aspektem każdej formy pomagania jest refleksja nad efektywnością działań. Nawet najszczersze chęci i najczystsze intencje nie dostarczą wystraczających gwarancji, że udzielana pomoc będzie przynosić pożądane skutki, a wręcz przeciwnie: wszelki automatyzm działania i bezrefleksyjne powtarzanie utartych schematów, w takim kraju jak USA przez lata skutkowało generowaniem gigantycznych kosztów bez spodziewanych efektów. Nawet tam. Wyobraźmy sobie więc, że każdy z nas, zajmujący się problematyką przemocy w rodzinie, potrafi swobodnie określić narzędzia służące do realizacji sprawdzonych, a w konsekwencji - efektywnych form działania. Wiemy, jaki jest wzorzec, np. punktu konsultacyjnego, ośrodka, telefonu wsparcia, hostelu, ośrodka interwencji kryzysowej. Jasne jest, jaki jest katalog oczekiwanych usług, niezbędne minimum w ofercie poszczególnych jednostek, co pozwala przyporządkować odpowiednią rangę jednostce. Wzorzec, którym możemy się posługiwać jest o niebo dokładniejszy niż te wytyczne, które zawarte są w istniejących aktach prawnych. Wyobraźmy sobie, że dysponujemy standardami i używamy ich - nie jako środka kontroli - lecz jako wskazówki, którymi mogą kierować się samorządowcy przy tworzeniu nowych miejsc lub przy modernizacji miejsc istniejących, którymi mogą kierować się zarządzający aby ich firmy stanowiły optymalne uzupełnienie „zazębiającego się wzajemnie” systemu, które mogą być także wyraźną wskazówką dla wykonawców zleceń, dla poszukujących wsparcia merytorycznego organizacji z sektora pozarządowego. Dzięki nim, potrafimy pokazać, jaka jest optymalna oferta placówki, skład kadr, kwalifikacje zespołu. Fantazjując dalej, wyobraźmy sobie, że potencjalni beneficjenci systemu nie mają trudności z wyborem miejsca, w którym skorzystają z pomocy, bo wiedzą, co kryje się za poszczególną formą (rekordem) obecną w bazie danych lub na kartach informatora. Rada tworzy swoistą „legendę” - niezbędny element każdej mapy. Zadanie, okazuje się nie takie proste, biorąc pod uwagę wielość istniejących miejsc pomocy, które sprawdziły się w wielu regionach Polski, które działają i mają nawet długoletnią, chlubną historię, lecz skutecznie opierają się jednolitym schematom. Punkty, poradnie, ośrodki, telefony, hostele, schroniska różnią się między sobą pięknie. Są wśród nich te, z bardzo rozbudowaną ofertą pomocy psychologicznej, prawnej, socjalno- bytowej, dysponujące wieloosobowymi zespołami, bogate w zaplecze i oprzyrządowanie ułatwiające różne formy pracy, dysponujące imponującą bazą lokalową i takie, które starają się pomóc w prosty sposób, np. udzielając jedynie krótkich porad i jednorazowego wsparcia udzielanego przez wolontariuszy wyposażonych, co najwyżej w najlepsze chęci i entuzjazm. Są placówki samodzielne, z wyodrębnioną bazą, kadrą, zapleczem i takie, które działają jako jednostki organizacyjne innych, większych podmiotów. Zadanie stające przed Radą jest więc nieco karkołomne, bowiem polega na doszukaniu się prawidłowości i podobieństw w nieskończonej wielości i różnorodności. Po wielu spotkaniach, godzinach pochłaniających rozważań i dyskusji, narzędzie wydaje się być jednak bliskie ukończenia, przede wszystkim dzięki kreatywności członków podzespołu zadaniowego: Lilki Krzywickiej i Jacka Lelonkiewicza, których starał się nieudolnie wspierać niżej podpisany. Żeby zdać sobie sprawę z poziomu trudności, warto wziąć pod uwagę, że na zadanie to, ma poważny wpływ szereg zmiennych, które są absolutnie niezależne od członków Rady, o czym pisałem już powyżej. Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy narzuca - na przykład - pewną systematykę placówek; istnieją w niej ośrodki wsparcia (gminne, powiatowe), specjalistyczne ośrodki wsparcia, ośrodki interwencji kryzysowej. Nie wspomina, z drugiej strony, o takich podmiotach, które też zapewniają wsparcie, jak: punkty konsultacyjne, telefony interwencyjne, zaufania, in. Ale one istnieją! Pracom Rady towarzyszą też oczywiste obawy jej członków. Każdy standard, jak wiadomo może być zbawienną pomocą, użytecznym narzędziem, lecz równie dobrze może się stać koszmarnym utrudnieniem, gdy zostanie potraktowany jak dogmat. Użyte w nieprzemyślany sposób, każde narzędzie może stać się barierą lub zgubną bronią. Rzecz jasna, Rada chciałaby uniknąć tego niebezpieczeństwa. Poruszanie się po polskiej mapie możliwości, zasobów, wspaniałych inicjatyw podejmowanych w przeróżnych środowiskach jest intrygującą przygodą, wciąga coraz większe rzesze ludzi poświęcających się pomaganiu. Jest jak podróż, odbywana zarówno przez młodych adeptów, jak i doświadczonych psychologów, po krętych drogach, ścieżkach czasem, w poszukiwaniu najlepszych rozwiązań tego strasznego i wyniszczającego problemu. Obecne prace Rady ds. Przeciwdziałania Przemocy działającej przy PARPA to jak żmudne rysowanie legendy do takiej mapy.
Krzysztof Sarzała, Gdańsk, marzec 2007
Polowanie na czarownice
Refleksje w rok po tragedii w gdańskim gimnazjum
Minął rok od samobójczej śmierci Ani z gdańskiego gimnazjum. Wydarzenia, które wówczas nastąpiły, tocząca się z impetem kuli śnieżnej medialna zawierucha, która przeszła w ogólnonarodową debatę skutkującą radykalnymi posunięciami rządu – z pewnością nie miały nic wspólnego z żałobą nad tragicznie zmarłą dziewczynką oraz z szacunkiem dla pozostawionych w cierpieniu rodziców. Ich ból został im brutalnie odebrany i wykorzystany w celach politycznych, propagandowych, sensacyjnych. Tej krzywdy nie sposób już cofnąć. Wydarzenia owe pokazały jednak także postawę polskiego rządu oraz społeczeństwa wobec problemu przemocy. Postawę walczącą, z pozoru twardą i nieustępliwą, jednak przy głębszym zapoznaniu się z nią – całkowicie irracjonalną, przepełnioną lękiem i pragnieniem ucieczki przed odpowiedzialnością. Przypatrzmy się bliżej tej sprawie. Przez kilka miesięcy po śmierci Ani przez kraj przetaczała się fala doniesień o próbach samobójczych oraz przemocy wśród młodzieży. Z jednej strony z pewnością można mówić o wejściu w życie działaniu tzw. efektu Wertera (jest to udowodniony związek między nagłośnieniem w mass mediach faktu popełnienia samobójstwa a wzrostem liczby popełnionych samobójstw), za co podziękować można mediom nieodpowiedzialnie epatującym gdańską tragedią. Z drugiej – zadziwia szokująca hipokryzja, która pozwalała władzy i opinii publicznej w histeryczny sposób wypowiadać się na temat skali problemu przemocy wśród młodzieży. Sposób histeryczny, bowiem zjawisko przemocy w szkołach istnieje od wielu lat, przez które ani owa oburzona opinia publiczna, ani miotający groźby rząd nie zajęli się nim w szczególnie troskliwy sposób. Można podejrzewać, iż trzeba było tragedii i – przede wszystkim – burzy medialnej, aby niedostrzeganie problemu przemocy stało się niemożliwe. Teraz jednak ów problem, choć dostrzeżony, stał się bardzo niewygodny. Przemoc w gdańskim gimnazjum, tak jak w każdej innej szkole w kraju, nie była – jak wielu chciałoby myśleć – wynikiem działań zdemoralizowanych nastoletnich potworów, z natury i przyrodzenia pełnych nienawiści i zła. Na wykształcenie u młodego człowieka przekonania, że można krzywdzić innych aby osiągnąć swoje cele, że siła fizyczna rozwiązuje problemy, że bicie i upokarzanie może być sposobem na życie, zapracować musiało wiele osób. Lista czynników, które mają wpływ na wykształcenie osobowości dziecka, jest zbyt długa, by przytaczać ją w całości. Postawy i zachowania rodziców, system opieki nad dzieckiem w szkole, ogólnospołeczne normy i wartości, socjalne warunki życia, wszystko to i wiele, wiele innych zmiennych – wśród których, powiedzmy jasno, wrodzona tendencja do agresji także ma swoje miejsce – wpływa na kształtowanie zachowań agresywnych. Wydaje się jednak, że największa rola spoczywa na relacjach, jakie dziecko ma z innymi ludźmi – z początku rodzicami, później nauczycielami i rówieśnikami. Związki pełne troski, zainteresowania, ciepła – procentują tym samym. Relacje odrzucające, zimne, puste – także będą powielane. Jeśli młodzież stosuje przemoc, najprawdopodobniej sama jej doświadczyła w kontaktach z innymi (niekoniecznie w formie fizycznej). Działania podjęte po śmierci Ani i towarzyszący im nastrój to przykład kompletnego ignorowania przytoczonych faktów. Społeczeństwo, idąc za przykładem z samej, rządowej, góry, przeraziło się współodpowiedzialnością za licznie zgłaszane tragedie. Stojąc w obliczu faktycznego stanu, wobec przemocy, której nie sposób już nie zauważać, nie zniosło dotkliwego poczucia współwiny i postanowiło w prześladowczy sposób umieścić ową winę gdzieś na zewnątrz (posługując się klasycznym psychologicznym mechanizmem projekcji). Owładnięci masową paranoją zaczęliśmy polowanie na czarownice. System jest prosty – zlokalizować winowajcę, wykrzyczeć winę, wywiesić na rynku. Jak za czasów Wielkiej Inkwizycji: akt oskarżenia, wysłuchanie „winnego” czy dokładniejsze zbadanie sprawy mogą poczekać. Lud potrzebuje szubienic. Błyskawicznie karząc domniemanego winowajcę jak najsurowiej, niezależnie, czy będzie to nauczyciel, rodzic, czy sam nastolatek, oskarżyciel-społeczeństwo zwalnia się od poczucia własnej odpowiedzialności za daną sytuację. W takich okolicznościach przeciwdziałanie przemocy nie jest możliwe. Zamknięcie dziesiątej części uczniów w koloniach karnych jest bardzo skuteczną demonstracją siły, podobnie jak postulowane wprowadzenie surowych reżimów przy selekcjonowaniu kadr nauczycielskich. Demonstracje siły mają zaś to do siebie, że bardzo skutecznie przemocy… uczą. Kto ma więcej siły, może robić z innymi, co mu się podoba. Podejście bardzo wychowawcze. Autorytatywne okrzyknięcie nastolatka zwyrodnialcem, a jego rodziców odpowiedzialnymi za odchowanie potwora z pewnością pomoże jasno określić „winnego”. Pozwalam sobie jednak wątpić, że ma jakąkolwiek inną wartość. U podłoża ówczesnych działań, deklaracji i nastrojów leżał lęk przed podjęciem odpowiedzialności. Jeśli nasze dzieci są chore na przemoc, to dlatego, że my jesteśmy chorzy na przemoc, że nasze społeczeństwo jest chore na przemoc. Mamy przemocowe rodziny, przemocowe systemy szkolne, przemocowe wartości i przemocową władzę. Nie jest to nihilistyczna kontestacja – jest to fakt. Widząc ten fakt, możemy bądź przyjąć swoją własną odpowiedzialność za przemoc, odnaleźć własne błędy i korygować je, bądź też szybko znaleźć „winnych” i składać ofiary z ludzi dla odkupienia własnego sumienia. Wszystko wskazuje na to, że wybieramy to drugie. Z samobójczą śmiercią Ani z gdańskiego gimnazjum łączona była przemoc, której doznawała w swojej klasie ze strony kolegów. Sprawa przeciwko nim nadal (po roku od tragicznego zdarzenia!) toczy się w sądzie, co oznacza, że stosowny organ władzy państwowej nie orzekł jeszcze o niczyjej winie. Jeśli istnieją dowody na to, że popełnili przestępstwo, to zasłużyli na stosowną karę, co reguluje polskie prawo. Społeczeństwo jednak już pod koniec ubiegłego roku wydało wyrok. Czarownice znaleziono w osobie nastoletnich chłopców, bez żadnej kryminalnej przeszłości, o nie ustalonej jeszcze winie w sprawie znęcania się nad koleżanką. Uznani za diabłów wcielonych, ponosili „zasłużoną karę” z dala od rodzin, w warunkach zakładu zamkniętego. Niezależnie od przyszłego orzeczenia sądu w ich sprawie, mogliśmy zaobserwować klasyczny mechanizm przemocy. Silniejszy, czyli społeczeństwo, boi się - własnej odpowiedzialności. „Bije” więc słabszego: nastoletnich podejrzanych. Możemy czuć się bezpieczni i spokojni. Przynajmniej do czasu, gdy słabszy stanie się silniejszy. Minął rok. Pozorne działania naprawcze w postaci programu o niefortunnej nazwie „zero tolerancji” oraz tyleż budzących grozę, co wykpiwanych sławetnych „trójek giertychowskich” rozbłysły i zgasły, a ich głównym efektem było kilka konferencji prasowych ówczesnego ministra edukacji. Dla mediów, polityków i opinii publicznej sprawa śmierci Ani jest już od dawna zapomniana. Czas pokazał, że poza organizacją ogólnopolskiego spektaklu medialnego połączanego z „wieszaniem czarownic” nie zrobiono nic, co mogłoby w rozsądny sposób pomóc przeciwdziałać przemocy w szkołach. Po tragicznie zmarłej gdańskiej dziewczynce nie przeżyto żałoby, po prostu o niej zapomniano. Podobnie stało się z problemem przemocy – tak, jak nagle znalazł się w samym centrum zainteresowania, tak też po pewnym czasie zainteresowanie minęło, a problem został ponownie wymieciony pod dywan. Informacje o rodzicach katujących swoje dzieci, o młodzieży znęcającej się nad rówieśnikami, o rażących nadużyciach i zaniedbaniach, opuściły pierwsze strony gazet i wróciły na należne im miejsce – do dodatków regionalnych. Nie zmieniło się nic.
Lech Kalita, Gdańsk, wrzesień 2007
Crisis Intervention After Major Disasters
By Daniel Benveniste, Ph.D.
In this article the author presents a brief description of acute stress disorders and describes some early intervention strategies for working with traumatized adults and children in the immediate aftermath of a major disaster. It was written in response to the December 1999 floods that devastated much of Venezuela, killed 50,000 people and left 500,000 homeless and psychologically traumatized. The content of the article was originally presented in a lecture format for professionals and lay people who went out to work with the survivors in the shelters. It was then written in English, translated into Spanish, distributed to counselors in the shelters in Caracas, and sent out on the Internet to mental health professionals across the country. Though it was written for mental health professionals working with victims of the Venezuelan floods, it will hopefully be useful to other mental health professionals, in the future, working with survivors of a wide range of major disasters.
WHAT IS A PSYCHOLOGICAL CRISIS?
A psychological crisis comes about when a traumatic event overloads a person’s capacity to cope in his or her usual fashion. Psychological crises cannot reliably be predicted based on the events that precede them. An event that precipitates a psychological crisis for one person is not necessarily going to precipitate a crisis for another person. Nonetheless, some events commonly precipitate psychological crisis reactions. These include physical assaults, torture, rape, automobile accidents, intense personal losses, and natural catastrophes such as earthquake, fire and flood. Events like these will often induce a psychiatric disorder that we call an ACUTE STRESS DISORDER. The Acute Stress Disorder is characterized by feelings of intense fear, helplessness and horror. There may also be an emotional numbing, a lack of emotional responsiveness, a feeling of detachment, reduced awareness of surroundings, a sense of unreality or amnesia. People suffering an Acute Stress Disorder may feel anxious, excitable, agitated, distressed, despairing, irritable, or hopeless. They may re-experience the event in recurring dreams, flashbacks, or persistent memories of the trauma. The person may avoid people, places and objects that may re-awaken memories of the traumatic event. They may have difficulty concentrating and may have difficulty functioning in their usual way at home and at work. They may also suffer survivor guilt or guilt for not providing enough help to others. Some people may become aggressive or self destructive, disregard selfcare, become confused or behave in a bizarre fashion. When dealt with quickly, the symptoms of Acute Stress Disorder will typically diminish or disappear entirely within 30 days. In some cases, particularly when untreated, Acute Stress Disorder may persist. If its duration is from one to three months we call it an ACUTE POSTTRAUMATIC STRESS DISORDER. When the symptoms last more than three months, we call it a CHRONIC POSTTRAUMATIC STRESS DIORDER. (The above diagnostic information is derived from the DSM-IV, 1994) It is not uncommon for untreated Posttraumatic Stress Disorder symptoms to persist for many years and become serious constraints on a person’s life. It is also important to remember that when a person struggles with a severe stress reaction, it is likely that the family or any other people around the patient will also be affected by the symptoms of the patient’s Post Traumatic Stress Disorder.
WORKING WITH ACUTE AND POST TRAUMATIC STRESS DISORDERED PATIENTS
Counselors working with Acute and Posttraumatic Stress Disordered patients may assist them in the management of the post-traumatic event tasks (informing others, making calls, rescheduling the person’s daily routine), and providing a safe place to talk about either the event, the person’s symptoms, or whatever else is foremost on the patient’s mind. Though it is sometimes initially painful to talk about the traumatic event, people often report a sense of relief and a reduction of symptoms after they have been able to talk about the event. They can see the situation more clearly after putting the pieces of the problem out on the 2 table and looking at them all, together with a counselor. While adults may talk with a therapist, a child suffering an acute stress reaction is likely to talk about it in the child’s non-verbal language of play as well as in the verbally spoken metaphors of the stories they tell from their imagination. So with children, we are more likely to conduct a play therapy session (more about this later). In many circumstances, as mentioned above, the sudden behavior change of the traumatized person affects the whole family. When this happens it is often helpful for the whole family to meet with a therapist who can help them address the difficult issues and improve communication between family members. A traumatic event is one in which a person’s coping mechanisms are overwhelmed by the intensity of the situation. In treating Acute Stress Disorder and Post Traumatic Stress Disorder we want to recover the event, break it down into smaller pieces, understand it, master it, digest it and make it all more intelligible. There are, however, some circumstances in which the person is uninterested or unable to speak of the specific traumatic event. In these circumstances the person is encouraged to speak about whatever is uppermost in his or her mind and their symptoms sometimes diminish nonetheless.
COUNSELORS WORKING WITH VICTIMS OF NATURAL DISASTERS
In natural disasters such as earthquakes, catastrophic fires and floods it is important for counselors to remember that everyone is affected by the crisis, including the counselors themselves. As such, there are several useful principles to keep in mind:
1) COUNSELORS NEED TO TAKE CARE OF THEMSELVES AND EACH OTHER – PHYSICALLY AND EMOTIONALLY.
It is easy for counselors to become overwhelmed and emotionally drained by this kind of work. They need to take breaks, eat properly, and rest when they become tired. A traumatized and overwhelmed therapist is not able to be as helpful to the people that need him or her. Experienced psychologists and psychiatrists who have never worked in crisis before are often quite surprised to discover how exhausted they feel after doing crisis counseling for only three or four hours.
2) COUNSELORS NEED TO REMEMBER TO THINK CLEARLY.
It is easy to lose perspective and become confused in a crisis. Counselors should try to slow down, make a checklist of priorities to address with each case, and discuss their clinical decisions with their colleagues.
3) COUNSELORS NEED TO SET PRIORITIES.
In a crisis people often lose their ability to evaluate what is important from what is not. With each case it will be helpful for the counselor to have a checklist for guiding him or her through the work. It might include information such as: name of patient, age, address, family members, physical illness or injury, time of last meal, etc. Safety, medical concerns, sleep, food, and shelter must be either attended to or considered before any psychological treatment can begin. People cannot overcome their fear until the real danger has been removed. Many people are delirious, anxious or depressed because of medical problems. Others are agitated due to lack of sleep. If a person hasn’t eaten for a while they may be depressed, agitated, or have difficulty thinking. It is dangerous to treat these kinds of problems as simply psychological problems. Sometimes a patient needs a meal, a rest, some first aid or some medication more urgently than anything else.
4) COUNSELORS NEED TO WORK COLLABORATIVELY AND SEEK SUPERVISION FROM ONE ANOTHER.
Crisis work is best performed in a site where intense interdisciplinary interaction between colleagues is possible. Such an environment gives counselors the opportunity for mutual supervision and consultation with medical doctors, nurses, psychiatrists, psychologists, social workers and others involved. It is easy for counselors to become overwhelmed with the intensity of the problems and find their thinking clouded. Consultation becomes essential for conscientious crisis intervention.
5) WORKING WITH PATIENTS IN CRISIS IS NOT THE SAME AS SEEING PATIENTS IN A PRIVATE PRACTICE OR A CLINIC SETTING.
Your crisis intervention "office" may be a large room with many other people in it doing all sorts of different things or it may not be in a building at all. Confidentiality may be seriously compromised by the 3 nature of the emergency and the need for support from others. Office hours in a crisis have nothing to do with the clock. The counselor meets with people when they are in need. Sessions last as long as the needs and resources allow them to last.
6) COUNSELORS WORKING IN A CRISIS NEED TO BE LIGHT ON THEIR FEET.
They need to leave the private practice model behind and even leave the clinic model behind. They need to look at the situation for what it is and be as creative and innovative as they can. They need to improvise with space, time, materials and resources. They need to collaborate closely with others. They need to assess their task and choose goals appropriate to the circumstances and the situation. They need to be forgiving of others and themselves when they lose their composure. And, if at all possible, they need to maintain their sense of humor.
CRISIS INTERVENTION
The crisis intervention setting is different from a clinic setting. The counselor may be in a school or a church, in a field or under a tree. And just as the crisis intervention setting is different from a clinic, so too are the problems the crisis counselor deals with. The problems include the kinds of symptoms described above in the section describing ACUTE STRESS DISORDER. During the crisis the goal of treatment is not characterological change, or insight into the childhood origin of the patient’s problems. The goal of crisis intervention is to help the patient to COPE with the trauma. The goal is to help the patient ADJUST to the new situation. The goal is to RETURN THE PATIENT TO THE PREVIOUS LEVEL OF FUNCTIONING. These goals are met by inviting the patient to talk about his or her experiences, get some perspective on the event, sort out the associated feelings, and problem solve about how to deal with his or her problems.
FIRST CONTACT
In the first contact it will be useful to get a little bit of information like the person’s name, medical condition, social support system, etc. but the crisis patient should not be subjected to a lengthy intake evaluation. The counselor should try to set the patient at ease, clarify the task and invite the patient to talk. A good crisis counselor is a good listener but the crisis counselor is often more active than a psychotherapist who sees patients on an on-going basis. The crisis counselor clarifies, reassures, educates, offers advice about practical matters that the patient needs to deal with, and refers patients to appropriate agencies and programs. The counselor needs to be very mindful of the patients medical condition, seek medical consultations about any concerns they may have and refer patients for medication consultations whenever anxiety, depression, agitation or sleeplessness are at levels that severely impair functioning or make the crisis intervention impossible.
LONG AND SHORT TERM GOALS
In the midst of a crisis, people lose perspective. They are flooded with thoughts and feelings. They have difficulty setting priorities and as a result they tend to get very concerned about things they can’t deal with and tend to avoid or ignore the more immediate concerns of the moment that they can deal with. For this reason it is often useful to help the patient to organize their thoughts into two sets of goals - a set of shortterm goals and a set of long term goals. SHORT TERM GOALS include calming down, trying to come to terms with their intense fear, talking about what has just happened to them, getting shelter for the night, having something to eat, etc. LONG TERM GOALS include getting into a long-term therapy, looking for a job, finding permanent housing, etc. The crisis counselor needs to be very ACTIVE and DIRECTIVE in helping the patient sort out these two types of goals and then in attending, in a very practical way, to achieving the short term goals and making a plan to attend to the long term goals.
MAKING A PLAN
People in crisis have trouble concentrating, thinking straight, using good judgment, and setting priorities. It is often helpful for the therapist to take notes while talking to the patient to keep track of all the information and to have a list of topics to remind the counselor to cover during the interview. At the end of the session it is often very useful to actually WRITE UP A PLAN for the patient to follow and send the patient away with the plan in their hand. It is best to prepare the plan with the patient’s collaboration, to write the plan in legible penmanship, to number each of the points and to format it so that it is easy to read. It may say things like: 4 1) If I get upset I will talk to a counselor. 2) I will call my Uncle to see if he can help me out during the next two weeks. 3) I will talk to my doctor about replacing my usual medication for my asthma. 4) I will put my name on the list for low rent housing. 5) I will go to the agency to look for work
TELLING THE STORY
People develop the symptoms of an Acute Stress Disorder because they have been exposed to a traumatic situation that overwhelmed their ability to cope with the situation in their usual way. Consequently, their symptoms serve to cover or hide the overwhelming and unmetabolized experiences. Crisis intervention is intended to 1) help the patient tell his or her story, 2) get some distance on the event to help understand what had happened, 3) hang words on the experience and 4) return the patient to his or her previous level of functioning. As the patient tells the story of the traumatic experience he or she may cry, laugh, yell, whisper, fall silent for a while, recall another seemingly unrelated loss, or become preoccupied with some feature of the story that seems insignificant. The therapist should listen patiently and keep the patient returning to his or her story.
COMMON THEMES IN THE STORIES OF TRAUMA
In the process of hanging words on the experiences of trauma we find several recurring clinical pictures (this list is by no means inclusive): 1) Those who are overwhelmed by emotion and have difficulty speaking. 2) Those who don’t convey any emotion at all while telling a story of horror. 3) Those who feel guilty for surviving the disaster while other died or were hurt. 4) Those who feel that they either caused the calamity in some way or feel they should have done something differently to save someone. 1) When people are overwhelmed with emotions, counselors should help them calm down by taking them to a quiet place, offering a cup of water, allow them to emote for awhile and then trying to help them speak about what they are experiencing. Sitting with the patient in silence or letting him or her cry for a while is very helpful but eventually it will be important to help them try to speak about the unspeakable. 2) For patients who are emotionally numb the counselor can point out the usual feelings that most people might have in such circumstances and wonder with the patient what feelings might be hidden from view. BUT it is also important to remember that if a person is emotionally numb, it is to ward off the overwhelming affect. It is important that the counselor respects the patient’s defenses and gives him or her time to let the feelings about the experience come to the surface. Crisis counselors have recognized for many years the way that some victims of trauma may appear to be doing well in the first days following the crisis and then completely fall apart a week or two later, when they are in the safety of another context. 3) Though it is irrational, it is also very common to encounter people feeling guilty for surviving a tragedy that others did not. The crisis counselor needs to monitor suicidality in these patients and help them to mourn their losses by inviting them to talk about the people and things they have lost. It is sometimes useful to ask the person if his or her deceased loved one would have wanted the patient to suffer or be happy with the rest of his or her life. This tends to shift the focus from the survival guilt to the mourning that resides underneath it. 4) For those who feel that they may have, in some way, caused the flood or earthquake or feel they could have done something to save their family, it is important to help them recognize the power of the opponent they were up against, acknowledge the fear and confusion of the moment, and, again, help them to mourn their losses. After the person has told their story it is often good for them to tell the story again and again and again and again. Patients won’t need to be told to do this but they can be invited to feel free to tell their story repeatedly without feeling that they are boring people with the same story. Counselor can expect that with each telling the details of the story may be further elaborated and the pent up affect further released. 5
TERMINATION
Crisis counseling is, by its nature, very brief. Many interventions take place entirely in one session. It is important to conduct the session as a single session treatment. If the counselor sees the patient again, that is fine but it is helpful to regard each session as an intervention unto itself. The crisis intervention should end with a concrete plan for the patient to follow. The plan should be written and given to the patient. If the patient is a child the plan should be given to the adult in charge or placed in a chart for the child’s on-going care. The counselor should make any and all referrals that might be necessary and, then, the patient and therapist need to say their good-byes . The therapist needn’t worry about being too neutral. It is okay in crisis counseling for the counselor to express sadness and anger about the tragedy the patient met, to offer advice and to wish the patient good luck. Though physical contact is avoided in psychotherapy, hugs are not uncommon in the midst of catastrophic events. A reassuring touch or a hug can sometimes make all the difference in the world. While counselors need not be phobic about touching a patient, it is important to remember that the crisis patient is often feeling like an exposed nerve and too much physical affection can sometimes be confusing.
CHILDREN
Most of what was said above applies to children as well. The big difference, however, is that when children tell their story they will tend to speak more in the language of play and the metaphors of their imagination. As such it will be helpful to meet children who have suffered traumatic experiences with a pocket full of crayons and a pad of paper and/or a pile of toys or puppets. With the paper and crayons children can DRAW A PICTURE and TELL A STORY that will reflect their concerns in metaphor. The invitation is for them to draw whatever they want and tell a story about it. To help the counselor understand the metaphor it is useful to invite the child to talk about the picture. The counselor should not ask, "What is it?" but rather "What can you tell me about this?" "What happened before this scene that we see here in this picture?" "What is going to happen next?" It is often useful to write the story down as the child dictates it to the counselor. Afterward the counselor can read the story back to the child and the story can be elaborated. In this way, the counselor and the child have the opportunity of entering into a dialogue about the monster or the war or the big animal or whatever other metaphor might be used to speak of their concerns about their traumatic experience. Drawing a picture and telling a story is also a useful technique when children experience flashbacks of the trauma or are awakened by nightmares of the trauma. When they can draw their dream and tell a story about it they can often get some distance on it and manage it a little better as well. When children wake up at night frightened from a terrible nightmare, it does no good to deny the existence of the monster that they just saw! Instead, ask them to show you what they saw by describing it, acting it out, drawing a picture of it or telling a story about it. Often no interpretation of the material is necessary. The counselor should just let the children express themselves and elaborate their stories while the counselor remains curious and empathizes with the affect. If children have some difficulty getting started the counselor can invite the child to draw a picture of the traumatic event, the house before and after the flood, the trees before and after the fire, the building during the earthquake, etc. TOYS and PUPPETS provide the same opportunity to express the child’s deepest concerns in the metaphors of play. CONNECTIONS, DISCONNECTIONS AND RE-CONNECTIONS We all know ourselves and find pleasure in our world through the connections we have to the people, places and things in our lives. When those connections are cut due to fire, flood or earthquake, children and adults become frightened not only by the event they just suffered but also by the disconnection from everything that once was their world. In such circumstances it is important to try to reconstruct the world by hanging on to whatever has survived – including objects and memories. When working with children, it is often useful to invite them to draw a picture and tell their story while the counselor takes dictation. Afterward the child can draw pictures of his or her home before and after the disaster, draw pictures of the people he or she lost, draw pictures of how he or she used to feel and draw pictures of what the feelings are now. The stories they dictate can be read back to them and they can add additional stories and pictures in time. These pictures and stories can all be stapled together into a BOOK, which may, for the rest of their lives, be the only thing remaining of all that they lost. Children need to feel at home where they are. If possible, define their sleeping space, put their possessions in a bag, and offer some sort of consistency. Reassure them of your efforts to do your best to help them but don’t offer promises you can’t keep. Be honest. Help them to feel at home in their temporary shelters. They 6 will often enjoy having something like a toy that they can hang onto and use to maintain some sense security during an otherwise chaotic time. If possible it could be comforting to build some sort of schedule into the routine at the shelter. It might be useful to invite the children to sit together and have stories read to them. Children might also find some comfort in taking turns talking about their experiences of the trauma in a group context – but this should be monitored closely, as some children might be overwhelmed further in such an activity. If possible the children should have access to paper, crayons, pencils, toys, puppets, children’s books and safe places to play. The crisis counselors should expect upsets emerging seemingly out of thin air. The reason for this is that as children begin to feel safe, they will allow their memories and feelings to come to the surface and suddenly they may just begin crying. Other times a word, or an activity, or a person will serve as a trigger and suddenly the memories and feelings will come rushing in. Children may have symptoms of insomnia, eating problems, aggressive behavior, withdrawal, bizarre behavior, etc. It is best to initially look at all of this as an expression of the trauma but, in fact, some of it might be pre-existing behavior simply re-emerging within the context of the emergency shelter. In this regard, it is also important to remember that adults and children, affected by crises include people with the full range of diagnoses – depressives, obsessive compulsives, psychotics, addicts, mentally retarded people, borderline patients, etc. And in a crisis, counselors will see all of them. People will often fall apart in a crisis and look much worse than they usually do but after a suitable crisis intervention they will be able to cope with the situation, adjust to the new reality, and return to their previous level of functioning. Finally – and this is worth repeating again! – crisis counselors need to pace themselves in their work to avoid getting overwhelmed. If they do get overwhelmed they will need a crisis intervention themselves. This is not a joke. In fact, crisis counseling for emergency workers is becoming increasingly common. Though there is no shame in a crisis counselor needing a crisis intervention, whenever possible, we should try to avoid the possibility of the crisis counselor getting overwhelmed. The crisis counselor needs to pace him or herself, eat properly, rest properly, consult with colleagues on cases, and debrief (speak with a colleague or supervisor) about particularly stressful or upsetting cases. DANIEL BENVENISTE, Ph.D. is a clinical psychologist originally from San Francisco, California where he taught graduate courses in psychology and social work and had a private practice in psychoanalytic psychotherapy. He also worked for nine years at the Mt. Zion and Westside Community Crisis Clinics. He has been living and working as a psychotherapist in Caracas since March of 1999.
Lic. ADRIANA PRENGLER edited and translated this article into Spanish. She is a
psychologist and psychoanalyst living and working in Caracas, Venezuela . She is an
associate member of the Sociedad Psicoanalitica de Caracas. During the floods of
December 1999 she provided crisis counseling to survivors in the shelter housed at Don
Bosco school.
Anyone interested in using this article to train crisis counselors should feel free to
distribute it, at no cost, to anyone they want without feeling the need to get permission
from the author or the translator.
De javu
Ania, Jarek i inni... . Następny dramat rodzinny, następna porażka pedagogów, kolejne natarczywe tytuły z pierwszych stron gazet.
Bezsensownie, zupełnie niepotrzebnie odszedł człowiek, który miał dopiero rozpocząć swoje dojrzałe życie. Zapewne jak większość czytelników, szczerze nie chcę już czytać doniesień z jakiejś szkoły, o której wcześniej nawet nie słyszałem, i dowiadywać się, że doszło w niej do samobójstwa nastolatka. Nie chcę czytać o zahipnotyzowanych nieszczęściem rodzicach, rodzeństwie, o pustce w klasie, o otępiałych z bezsilności nauczycielach. Nie chcę poznawać tej szkoły i jej problemów. Przynajmniej nie w takich okolicznościach. Ale co jakiś czas, dzwoni zaprzyjaźniona pani redaktor i choć sama jest trochę zażenowana, i zapewne też zdaje sobie sprawę z bezsensowności sytuacji, znowu prosi o komentarz do najnowszej tragedii. Nie wiem dlaczego dzieci się zabijają i raczej nikt tego nie wie na pewno. Takim tragediom trzeba się jednak przyglądać uważnie. Trzeba badać je ostrożnie, opisywać dokładnie, wyciągać wnioski. Po to, żeby najlepiej przygotować się do kolejnej tragedii. Bo ona, bez wątpienia nastąpi. Takie przygotowania powinny toczyć się w zaciszu gabinetów psychologicznych, w pracowniach uniwersyteckich, na naradach specjalistów i praktyków. Wyniki tej pracy powinny niezwłocznie trafiać do wszystkich pracujących zawodowo z dziećmi i wszystkich menadżerów oświaty. Powinny być wnikliwie omówione w biurach kuratora oświaty, w pokojach nauczycielskich i w gabinetach dyrektorów szkół. Co prawda, śmierć nastolatka nie staje się przez to bardziej sensowna, ale każda następna jest mniej prawdopodobna. Każda szkoła i każdy lokalny urząd zawiadujący edukacją mógłby, w ten sposób przygotować własny, najskuteczniejszy z możliwych plan działania. W doskonałej komitywie wszystkich zaangażowanych stron: rządowych, samorządowych i tych mających bezpośredni kontakt z uczniami kryje się jedyne rozwiązanie trudnego – do bólu – problemu. Naiwnie sądziłem, że po wypadku z października 2006 roku, gdy samobójstwo popełniła uczennica gdańskiego gimnazjum, wszyscy przełknęliśmy gorzką pigułkę prawdy. Nie byliśmy dostatecznie przygotowani na wypadek takich właśnie zdarzeń w naszej szkole. Okazało się wówczas, że samo zaklinanie rzeczywistości – bo tym, w istocie jest brak jakiejkolwiek, wcześniejszej refleksji poświęconej niecodziennym, ale realnym zagrożeniom – nie wystarczy. Wydawało mi się więc, że na fundamencie tamtych, strasznych doświadczeń wypracowaliśmy klika solidnych narzędzi – procedur postępowania kryzysowego, które zostaną upowszechnione we wszystkich naszych urzędach i szkołach. Sam uczestniczyłem w naradach gdańskiego magistratu, brałem udział w kilku konferencjach oświatowych, w dużych polskich miastach. Nawet trudno jest mi sobie wyobrażać lepiej zorientowaną w problemie minister edukacji, niż tą, którą dziś mamy w Warszawie. A jednak myliłem się.
Kolejny dramat, tym razem związany z bytowską szkołą, wydaje się jakimś koszmarnym de javu. Tak jak poprzednio: o zdarzeniu dowiadujemy się od zaprzyjaźnionych redaktorów, a nie od menadżerów oświatowych. Rwetest i krzykliwe tytuły skutecznie wypierają zwyczajową, naturalną w takich wypadkach ciszę i zadumę żałoby po zmarłym. Zamiast wieńców w czerni i kirze, wokół szkoły pojawia się wianuszek wozów transmisyjnych. Zarządcy oświatowi ufają tylko intuicji, własnej cioci i gazetom, a gdzieś na końcu dopiero: specjalistom od zarządzania kryzysem. Procedury leżą nie ruszane w szufladach. Dyrektorzy panikują. Nauczyciele uciekają przed dziennikarzami. Dziennikarze ścigają nauczycieli. Kurator oświaty, tradycyjnie już pomylił rolę, więc zamiast wspierać i pomagać szkole - zamienia się w zjadliwego prokuratora. Rzecznik praw dziecka – wiadomo – milczy. Tragikomiczne to realia. Najbardziej ekscytujące jest, co oczywiste, poszukiwanie winnego. Przypomina to jakąś obłędną pogoń za lisem. Z dziwacznie niezdrowym zapałem tropi winnych pomorskie kuratorium (może to rzadka okazja, żeby przypomnieć o swoim istnieniu – bo czy ktoś widział inne oznaki życia tej dość zakurzonej instytucji?) ale i dziennikarze z upodobaniem podkręcają temperaturę. „Po śmierci Jarka poleci dyrektor?” – zadają taktowne pytanie.
Otóż, teraz powiem coś zupełnie nieodkrywczego, banalnego wręcz. Wina lub niewinność dyrektora ma, w tym momencie znaczenie absolutnie drugorzędne. Kryzys, w jakim się szkoła obecnie znalazła, wymaga najpierw rozwagi, opanowania chaosu, uspokojenia rozedrganych emocji i powrotu do normalności, a później analizowania i wnioskowania. Teraz, najbanalniejsze zadania stały się tymi najpilniejszymi: żyć dalej, mimo śmierci jednego z uczniów; przygotowywać uczniów do matury, realizować rozpoczęte programy, uczyć. Wprawdzie, nic już nie będzie takie jak dawniej, jednak żyć (i pracować) trzeba dalej. Wobec takich priorytetów, szkole potrzebny jest wprawiony i doświadczony zarządca, który zna swoich nauczycieli i orientuje się: tak w problemach jak i zasobach swojej firmy, bo wtedy nie będzie tracił czasu na jej poznawanie. Pracownikom szkoły, potrzeba oparcia w przełożonym. Szkoła w kryzysie jest chora więc pilnie potrzebuje zastrzyku: spokoju i stałości. Dlatego źle się stanie, jeśli dyrektor teraz właśnie „poleci”. Wszelkie radykalne zmiany pochopnie wprowadzane, będą działać jak nawrót gorączki i kolejny stan kryzysowy dezorganizujący życie szkoły. Ból będzie niemniejszy, za to do głosu dojdą: złość, agresja i strach. Strach, który i tak wydaje się być źródłem wszystkich tych, chaotycznych działań. Nie przeczę, być może, po „zaleczeniu” obecnych dolegliwości w organizmie szkoły, po faktycznym i mądrym przeanalizowaniu wszystkich okoliczności zdarzeń, po tym, jak upłynie dobrych kilka tygodni, które zwyczajnie muszą minąć - przyjdzie czas na dokonanie zmian i wprowadzenie nowej, może nawet radykalnej strategii lub wręcz „terapii”. Teraz jednak, jest najgorszy z możliwych moment.
A w całym tym zamieszaniu zapominamy, że nieodwołalnie odszedł młody chłopak.
Żarty się skończyły. Moje dotychczasowe doświadczenia z interwencji kryzysowej, które od dziesięciu lat nieudolnie weryfikuję w warunkach pokojowych, teraz mam okazję sprawdzić w warunkach wojennych. Jadę do Gruzji. Taką dość niespodziewaną propozycję zawdzięczam Gdańskiej Fundacji Oświatowej i Polsko - Amerykańskiej Fundacji Wolności, które wespół realizują projekt wsparcia dla gruzińskich szkół, zaplanowany znacznie wcześniej, niż doszło do konfliktu zbrojnego pomiędzy Gruzją, a jej stokroć większym sąsiadem – Rosją. Pierwotne założenia projektu, tj. edukację w zakresie przeciwdziałania szkolnej agresji rychło trzeba było zmieć, mając na uwadze, oczywiste w tej sytuacji, potrzeby tamtejszych psychologów szkolnych. Oni i ich uczniowie musieli zmierzyć się z grozą wojny. Ale dla mnie to po prostu fascynujące wyzwanie. Może dlatego tak fascynujące, bo należę - na szczęście - do pokolenia, które nie zaznało wojny. Znam ją wyłącznie z opowieści i filmów wojennych. I niech już tak zostanie. Jadę z dwiema Ewami – szefującymi dwóm gdańskim ośrodkom psychologiczno -pedagogicznym, które będą realizować wcześniej zaplanowaną część projektu, poświęconą rozwiązywaniu problemów wychowawczych. Pod opiekuńczymi skrzydłami i przywództwem Bożeny i Doroty zarządzających Gdańską Fundacją Oświatową. Wszyscy zaś, ukrywamy się za plecami dzielnego „wojennego”, czyli Piotra, psychologa w szarży pułkownika WP, doświadczonego m.in. w czasie irackiej misji .
Moje spotkanie z Gruzją zaczyna się już w Monachium, gdy w plastikowych wnętrzach przeraźliwie poprawnego lotniska, w kolejce do odprawy celnej ustawiają się mężczyźni o naturalnie groźnym spojrzeniu i olśniewającej urody, ciemnowłose kobiety. Jestem pod wrażeniem. Lądujemy w Tbilisi o 3.00 rano tamtejszego czasu i wszyscy stoimy oniemiali doświadczając hałaśliwego, miejskiego zgiełku, mimo nieprzyzwoicie późnej (wczesnej?) pory. W hali portu setki przylatujących, odlatujących osób i tłum oczekujących przed barierkami dla odprawionych. Na ulicach jazgot samochodów jeżdżących w każdym możliwym kierunku. W porównaniu z Tbilisi, polskie lotniska zasypiają jak małe, grzeczne dzieci, zaraz po dobranocce. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że nocne hałasy ulicy będą mi towarzyszyć przez cały okres pobytu w Gruzji. Szybko przekonujemy się, że w Tbilisi panuje względny spokój. Wprawdzie na lotnisku pakują się i wypakowują zmieniające się ekipy z kamerami i wielkimi technicznymi walizkami, wydającymi się skrywać cenną broń, z którą nie chcą rozstawać się jej posiadacze. Przed port podjeżdżają białe pickupy ze znakami UN na burtach. Ale wystarczy kilka chwil w mieście, żeby zapomnieć o wojnie. Nocne Tbilisi z okien szybko jadącego samochodu wygląda jak warszawskie Powiśle, czy gdańska Orunia. Sztuczny, kolorowy blask sodowych lamp, krzykliwe neony, rudery i ultranowoczesne domy na przemian. Bezład. Tylko te wzgórza dookoła. Wszędzie, gdzie nie spojrzysz poza pierwszą linię domów i najbliższych ulic, zobaczysz wysokie, chyba skaliste wzgórza, które nie bacząc na brzęczącą rzeczywistość doliny, spokojnie otaczają miasto. A na każdym szczycie dziwnie odległe: cerkiew, pałac, monument, którego przeznaczenia nie znasz, nie zrozumiesz. Przed brzaskiem lądujemy w cudownie absurdalnym, socrealistycznym pałacu. „Hrabini” – prawdziwa dama, jak z niemodnego rosyjskiego romansu, przyjmuje gości hotelowych w przeogromnym gmachu, na którym łatwo poznać rękę architektów i budowniczych Pałacu Kultury i Nauki.. To z pewnością dar bratniego narodu. Holl godny carów i ich dworu, schody jak w scenie z filmu „Pancernik Potiomkin” (Eisensteina), komnaty wielkie, że zmieściłyby wszystkich uchodźców z Osetii i Abchazji. Za oknami maszkarony i rzygacze. A wszystko to okraszone wiszącymi na drutach świetlówkami, tajemniczymi przewodami wystającymi ze ścian, zakurzonymi pocztówkami i plakatami na ścianach. We wnęce mojego okna, na zewnątrz budynku tajemniczy napis wyryty gwoździem „Semia Iwanowów tu żiła, 1956”. Ogromny, sześciopiętrowy gmach wydaje się pusty. Tylko my, na ostatnim piętrze. I duchy pijanej, sowieckiej przeszłości. Nic dziwnego, że nie sposób zasnąć do rana.
Po krótkiej aklimatyzacji poznamy naszych kolegów z Gruzji. Ten mały jak na nasze standardy, zakaukaski kraj, bo liczący niespełna 5 milionów mieszkańców, nie ma szczęścia do spokoju, stabilizacji i tożsamości. W zasadzie, nieustannie znajduje się w fazie konfliktu z sąsiadami. Przez jednych jest postrzegany jako ofiara, przez innych – jako agresor. Od wieków stał na szlaku hord arabskich, mongolskich, tureckich, był niespokojnym etapem legendarnego traktu handlowego – Jedwabnego Szlaku, poddawany był rozbiorom i rusycyzacji. Był enklawą chrześcijaństwa już w IV w. ale był też miejscem narodzin pierwszych bolszewickich rad dających zalążek fatalnemu w skutkach Krajowi Rad. Stąd wywodzili się wielcy romantycy i demoniczni dyktatorzy. Tutaj wyznaje się, zarówno swoisty kult biesiadowania, ballad sławiących romantyczne uniesienia, jak i etos okrutnej walki, odwetu, wendetty. Tutaj kościoły prawosławne sąsiadują z ostatnimi na świecie pomnikami Stalina, a w powietrzu unosi się duch innego złowieszczego Gruzina - Berii. Kraj, który na dobre nie wie: jest już Europą, czy jeszcze może Azją (takie pytanie zadał mi jeden z poznanych tam młodych ludzi)? Może dlatego ten kraj, tak wielu z nas wydaje się dość bliski?
Pracowaliśmy w Gruzji z grupą ponad 50 psychologów i pedagogów. Głównie kobiet, bo tak jak i u nas, te zawody są w Gruzji dramatycznie sfeminizowane. Większość z nich przyjechała z rejonu Gori. To właśnie do tego miasta i następne dobre kilkadziesiąt kilometrów dalej, sunąc spokojnie w kierunku stolicy wkroczyła, kierując się rządzą odwetu armia rosyjska, gdy tymczasem świat bawił się groteskową olimpiadą w Pekinie. Widziałem spalone lasy, winnice i budynki, w których na gwałt wymieniano wszystkie szyby. Pozostali uczestnicy zajęć pochodzili z Tbilisi, które też miało swoją traumatyczną hekatombę. W pierwszych dniach konfliktu - jak opowiadali nam świadkowie - każdy kto miał, choćby rower wsiadał i uciekał na nim w popłochu. Na szosie, gnając w kierunku granicy tureckiej znalazło się kilkadziesiąt tysięcy osób. Wszyscy ci ludzie przeżyły traumę błyskawicznej i niespodziewanej wojny. Wojna ta, zgodnie z prawidłami każdego większego kryzysu, rzuciła swoje ofiary w wir kolejno następujących po sobie etapów: heroizmu, miodowego okresu i etapu utraty złudzeń. Heroizmu, gdy chwilowe zaskoczenie i zamęt pierwszych chwil udaję się przezwyciężyć dzięki poczuciu wspólnoty, solidarności i nienawiści do wroga. Co, razem z adrenalinowym „strzałem” pozwala wyzwolić w całym narodzie nadzieję i wolę walki. Sprawia, że ludzie odważnie wychodzą na wiec i wykrzykują swoje racje.
Miodowego okresu, gdy zainteresowanie i uwaga całego świata, powszechna życzliwość i współczucie, wyrazy poparcia płynące zewsząd, czy wizyty przywódców zaprzyjaźnionych państw - dodają otuchy, budzą nadzieję, ale także: skutecznie znieczulają nie pozwalając dostrzegać realnych zagrożeń, reagować na uzasadniony ból i odczuwać, adekwatnego do sytuacji niepokoju o przyszłość. Także dlatego, że wszędzie wokoło widowiskowo rozwijają swoje obozowiska ekipy telewizyjne, a na ulicach parkują potężne tiry z pomocą humanitarną. To okres, w którym można uwierzyć, że nic właściwie się nie stało, a za jakiś czas wszystko wróci do normy. Wreszcie, etap utraty złudzeń. Wtedy, gdy okazuje się, że świat mediów, globalnej polityki, a nawet aktywność organizacji charytatywnych zwraca się ku innym częściom świata. Bo przecież, gdzieś tam, też doszło do konfliktu, tragedii, albo kryzysu ekonomicznego. Wtedy, z całym okrucieństwem, dociera do poszkodowanych świadomość, że nic już nie będzie takie same, jak przed konfliktem. Wtedy też, równie uciążliwe, co poważne straty stają się drobne niedogodności. Przecież brakuje prądu, nie ma książek, zeszytów. Szkoła została zburzona, więc uczyć trzeba się w starej hali produkcyjnej. Zresztą, nauka nie wydaje się najważniejsza. Ważniejsze, żeby nasycić żołądek i przestać się bać, przestać myśleć. Najprościej jest zdobyć alkohol (a Gruzja słynie z win i doskonałych koniaków) i narkotyki (Gruzja jest krajem leżącym na starym szlaku przemytniczym). Na dodatek, z odległego świata zaczynają docierać świadectwa druzgocących wątpliwości. Kto zawinił? Kto wywołał tę wojnę? Czy aby na pewno Gruzja była w niej ofiarą? To w tej fazie społecznego przeżywania kryzysu przyjechaliśmy do Gruzji.
Pierwsze zajęcia, szczególnie te, poświęcone stresowi i sposobom radzenia sobie z obciążającymi emocjami pozwoliły uczestnikom ujawnić ogromne pokłady nienazwanych i nieuświadomionych emocji. Nasze prezentacje i powolnie nawiązywane rozmowy, mimo konieczności korzystania z pośrednictwa tłumaczy – język gruziński (kartwelska grupa języków kaukaskich) jest bowiem dla nas kompletnie niezrozumiały, a rosyjski nie cieszy się, co oczywiste, specjalną popularnością - krok po kroku otwierały drzwi do skrywanych: smutku, lęków, żalu za utraconą przeszłością, spokojem, itp. A co jeszcze bardziej nas zaskoczyło - nawet tak neutralne jak wydawało się, w treści i formie zajęcia, jak te poświęcone problematyce czysto szkolnej, kwestii sposobów rozwiązywania problemów wychowawczych, technik związanych z opieką, socjoterapią, interwencjami w trudnych wychowawczo sytuacjach, wywoływały „dziwne” reakcje uczestników. Na przykład: szloch podczas oglądania instruktażowego filmu przeznaczonego dla polskich nauczycieli. Gdy jednak uświadomić sobie, że w ten sposób naraziliśmy uczestników szkolenia na gwałtowną konfrontację dwóch, kompletnie odmiennych rzeczywistości: tej naszej - sielankowej w oczach gruzińskiego widza, mimo, że to tylko dość przeciętna polska szkoła, z względnie czystymi klasami, zwyczajnie ubranymi nauczycielami, pokojem nauczycielskim, w którym można pogawędzić o ważnych sprawach, ale też poplotkować na błahe tematy. I uczniami, których problemy to: zazdrość o chłopaka i chętka na nowy model telefonu. W tej konfrontacji ich szkoła, którą znają na co dzień – niezależnie od wojny zwyczajnie uboga, brudna, walcząca o przetrwanie, bo kraj i jego rządzący mają „ważniejsze” sprawy na głowie, a widok czarnowłosego dziecka, o wielkich oczach, przed którym nie możesz się opędzić, bo chodzi za tobą powtarzając hipnotycznie „pleasemoneypleasemoney...” nie jest niczym szczególnym – przegrywa z kretesem. Wtedy przestajesz się dziwić.
Dlatego, po pierwszych zajęciach musieliśmy zrewidować formy i treść zaplanowanych zajęć. Więcej elementów odreagowania, wolniej, bez pośpiechu i presji na realizację całego założonego programu. Więcej przekazów w formie metafory, przypowieści, podanych w bezpieczny, „paraterapeutyczny” sposób, z wykorzystaniem technik transowych, z dużą uważnością na uczestników i ich reakcje.
Przypuszczalnie, kształcenie psychologów i pedagogów w Gruzji, mimo, jej naprawdę bogatych tradycji uniwersyteckich odstaje znacznie od wymogów współczesności. Można było zauważyć, że nasi koledzy, wzorem akademików sowieckich, dość swobodnie poruszają się w obszarze ogólnych teorii psychologicznych, jednak ich praktyka pracy z dziećmi zdaje się całkowicie opierać na regionalnych zwyczajach kulturowych i, co najwyżej dobrych chęciach i intuicji. Takie obszary, jak techniki wsparcia psychologicznego, interwencja kryzysowa, terapia, w tym terapia uzależnień i różne formy pomocy dzieciom, są prawie nieobecne, jako świadczenia psychologiczne. Tym bardziej, że w Gruzji psycholodzy jako grupa zawodowa, obecni są jedynie w cerkwi, pełniąc rolę konsultantów rodzinnych oraz w szkołach. Więc, choć i naszemu systemowi daleko od doskonałości, dzieląc się własnymi doświadczeniami możemy zdziałać cuda. Nasi rozmówcy wykazywali ogromne zainteresowanie praktycznymi technikami, przydatnymi w pracy, w konkretnych sytuacjach problemowych. Trudno było opierać się gorącym prośbom o prezentacje gotowych scenariuszy, krótkie algorytmy i procedury. I, przyznaję, że nie łatwo było mi wyjaśniać, że sama technika bez świadomego wglądu w proces terapeutyczny jest nie przydatnym, a może być nawet szkodliwym substytutem leczenia.
Inną kwestią była otwartość na rozmowę na „trudne” tematy. Kilkakrotnie wywoływany przez nas temat przemocy w rodzinie, przemocy wobec dzieci, nadużyć, gwałtów wydawał się poruszający, ale okazywał się być tematem zbyt trudnym i chyba zbyt obcym tamtejszej kulturze. Mogę jedynie podejrzewać, że w społeczności, w której mężczyzna faktycznie odgrywa rolę wyraźnie dominującą (choć w deklaracjach to właśnie wokół kobiety toczy się całe życie rodzinne), przemoc w rodzinie nie jest zjawiskiem nieznanym, ale wciąż skrywanym. Pewnie jeszcze lat i różnorodnych działań w zakresie edukacji społecznej trzeba, aby problemy te wyszły z mroków społecznej, wstydliwej tajemnicy. Podobnie jak w Polsce lat 80-ych. Tymczasem, nasz pobyt w Gruzji obfitował w wiele różnych atrakcji. Najbardziej ekscytujących przygód dostarczały niezmiennie przejażdżki samochodem po ulicach Tbilisi, gdzie wydawać by się mogło - żadne przepisy nie obowiązują. Pierwsza jazda z gruzińskim taksówkarzem przypominała jazdę w kolejce typu „rollercoaster”. Piszczysz ze strachu tak samo, tyle, że niebezpieczeństwo które ci grozi jest nadzwyczaj realne. Jadąc po ulicach Tbilisi doświadczysz wyprzedzania na „czwartego”, czasem „piątego”. Tylko tam możesz przekonać się, że stara Łada zmieści się pomiędzy dwa inne samochody, mimo, że szczelina między nimi ma najwyżej 100cm, tylko tam przekonasz się, że kierunkowskazy są kompletnie zbędnymi światełkami w twoim aucie. Ulica gruzińska urzeknie cię pewnie, tak jak mnie wielu innymi niespodziankami i paradoksami. Jak choćby groteskowym koktajlem błyszczących Lexusów, Mercedesów i postradzieckich Wołg, Czapajewów, czy rozkosznych „gruzawików” .
A jeśli nie ekscytują cię takie przygody motoryzacyjne, z pewnością nie będziesz obojętny na urok gigantycznych, pradawnych rozlewisk rzecznych, skalnych miast, nostalgicznych cerkwi rozsianych na szczytach wzgórz. No i ten śpiew, który całkiem niespodziewanie możesz usłyszeć w podrzędnej knajpie. Wielogłosowy, harmoniczny, który rozlega się podczas tradycyjnej kolacji (supra), którego mistrzami mogą okazać się przygodnie spotkani, młodzi ludzie. Słyszysz go wtedy długo w nocy. Być może nasza wizyta to nie koniec pomocy dla naszych przyjaciół z Gruzji. Dwoje psychologów z Gori nosi się z założeniem lokalnego centrum pomocy, takiego ośrodka interwencji kryzysowej. Chętnie będziemy gościć ich w naszych placówkach. Ale to, jak się domyślasz, zupełnie inna historia.
październik 2008
"Dziecko w naszym Centrum"
Czy oglądali Państwo film ze znakomitymi Andy Mc Dowell i Billem Murrayem pt. „Dzień Świstaka”? Jeśli tak, to wiecie, co mam na myśli. Wiecie co przeżywamy w ośrodku, w którym pracuję – gdańskim Centrum Interwencji Kryzysowej PCK - gdy kolejny, nowy dzień przynosi znane już, dokładnie takie same wydarzenia, jakich mieliśmy już okazję doświadczyć wiele razy wcześniej. Z przedziwną regularnością, najczęściej wczesnym popołudniem otwierają się drzwi ośrodka, staje w nich młoda dziewczyna, prosi o rozmowę w „cztery oczy” i opowiada historię, którą już przecież słyszeliśmy kilkadziesiąt razy. Nazywamy to naszym „Dniem Świstaka”.
Ona
Mieszka w Gdańsku, zwykle w tej samej, dużej dzielnicy naszego miasta, tam gdzie, jak zwykle smutne, dziesięciopiętrowe bloki stojące na wzgórzu przepychają się z hulającym bez ustanku wiatrem. W dzielnicy, która wcale nie jest na czele listy najgorszych (czytaj: najgroźniejszych) gdańskich dzielnic. Ma rodziców, liczne rodzeństwo, swój pokój dzieli z młodszą siostrą i czasami kłóci się z nią o drobiazgi. Ubiera się tak modnie jak potrafi i na ile wystarcza jej „kieszonkowego”. Zwykle zresztą nie dostaje go w ogóle. Wiele ciuchów pożycza od koleżanek, kupuje w „lumpeksach”, niektóre kradnie. Na rękach i nie tylko, ma kolczyki, tatuaże, sznyty, a włosy farbuje na okrutną czerń, która zupełnie nie pasuje do jej ładnych, słowiańskich oczu i bladej karnacji. Przed wejściem do CIK-u, w pośpiechu zaciąga się papierosem i nadrabia miną, choć w środku cała trzęsie się ze strachu.
A potem powoli, z wielkim trudem, walcząc ze wstydem i ciągłymi wątpliwościami opowiada nam: o terrorze psychicznym w jakim żyje od zawsze, o brutalnych gwałtach i jeszcze gwałtowniejszym biciu, o przeraźliwie chłodnej obojętności i niewidzących oczach najbliższych, o „lepkich” rękach „przyjaciela” mamy, o skutecznych manipulacjach ojca, który wszystkim wmawia jej „nienormalność”, chorobę psychiczną i w przypływie czułości dotyka jej piersi, ud, ..., o matce, która przegląda każdą kieszeń i czyta jej najskrytsze zapiski, o wspólnym pijaństwie z „wujkiem”, który kupował jej alkohol, o nocach spędzanych w łóżku z dziadkiem... , o fizycznej, emocjonalnej i seksualnej ... bezsilności.
To nie koniec.
Potem były pierwsze, nieudane niestety, próby ratowania się z opresji, gdy sama szukała wsparcia u krewnych, sąsiadów, nauczycieli czy kapłanów, ale w jej życiu nic nie ulegało zmianie. Często, jej bezgłośne wołania wywoływały tylko przerażenie i zawstydzenie w oczach powierników. Tym większa była jej bezradność. Czasami też, złamanie tajemnicy rodzinnej sprowadzało na nią zemstę i bolesne kary. Podczas gdy wokół niej wszyscy uwijali się i pędzili, zapatrzeni we własne problemy, których każdy ma w nadmiarze, ona nieśmiało próbowała się zabić. Najpierw trochę żartem, na pokaz, opowiadając o swojej próbie koleżankom i chłopakowi, później jeszcze raz i jeszcze wiele razy. To cud, że nie zrobiła tego skutecznie. Tylko jej ręce, zamiast bransoletek, noszą ślady, których nie zakryje żaden puder. Pije od kilku lat, ale niedawno zaczęła eksperymentować z tabletkami i „skunami”. Gdy pierwszy raz wynosiła pod kurtką adidasy z hipermarketu, ręce jej się trzęsły i tylko czekała, aż wypatrzy ją rosły ochroniarz w wysokich, błyszczących oficerkach. Dzisiaj zrobi to dla was bez żadnych silniejszych emocji. Dowiedziała się też o sobie wielu nowych rzeczy, takich, o jakie się nje podejrzewała. Na przykład tego, że potrafiłaby zabić.
I tak ciągle, taka sama opowieść za opowieścią, jak w filmie.
Dzieci Ulicy.
W Polsce nie ma zjawiska Dzieci Ulicy, a przynajmniej nie w takim wymiarze jak na przedmieściach wielkich, światowych metropolii. Nasze dzieci rzadko żyją i egzystują bez dachu nad głową. To pojęcie znaczy raczej tyle, że dzieci nie mają dostatecznego oparcia w domach rodzinnych i przenoszą całą swoją cudowną aktywność na ulicę. Problemem jest jednak to, że nie dość, że same są krzywdzone, to stwarzają realne zagrożenie dla innych. Kradną, biją, zabijają, prostytuują się. W ten sposób niebezpiecznie zbliżają się do tych, którzy rozpoczęli tę dramatyczną grę, do swoich oprawców. Z czasem popadają w uzależnienia, chorują lub tragicznie giną. Oczywiście, że zastanawiamy się nad przyczynami dużej brutalizacji przemocy, której sprawcami są młodzi ludzie. Często ci sami, którzy przeraźliwie potrzebują pomocy. Można domyślać się, że przyczynami są:
· zdeformowanie ich rodzin przez alkohol, a często już także inne narkotyki, · problemy socjalne, ekonomiczne, związane z tzw. transformacją ustrojową, · skoncentrowanie się rodziców na własnej aktywności zawodowej, konfliktach i walce o przetrwanie, · nierówny dostęp do oświaty, kultury, informacji, · koncentracja uwagi w szkole na efektywności nauki, na dydaktyce, ze szkodą dla funkcji wychowawczych i opiekuńczych, · patologia działania placówek wychowawczych i resocjalizacyjnych.
Jednakże najistotniejsze jest to, że dzieci te nie mają własnego bezpiecznego miejsca. Nie mają żadnej osoby, na którą mogłyby naprawdę liczyć. Osoby bliskiej i nie nadużywającej zaufania. Często w ich rodzinach istnieją silne więzi emocjonalne, lecz najczęściej takie, które powstają gdy ludzie mają wspólną, mroczną tajemnicę, a zbliża ich strach, obawa i wstyd. Często przypominają one bardziej więź między kolegami lub rodzeństwem, niż tę, która powinna istnieć między rodzicami i dziećmi. I często dzieje się tak, że dzieci muszą przejmować role, które tradycyjnie pełnią dorośli.
Pomaganie
Ona zazwyczaj wie czego chce. Chciałaby przestać się bać, przestać się wstydzić, skończyć z nieustannym uciekaniem, skończyć z poniżaniem i traktowaniem jej jak przedmiot, wreszcie: zacząć zwyczajne życie, a jeśli nie ma innego wyjścia, to zacząć żyć samodzielnie. My chcielibyśmy jej pomóc. Działania interwencyjne polegają na zapewnieniu młodym ludziom bezpieczeństwa. Nie zajmujemy się uczeniem, karaniem, dożywianiem, ani też leczeniem naszych klientów. Tym nasza oferta różni się od propozycji szkół, pomocy społecznej lub służby zdrowia. Chcemy jednak, żeby pomoc Centrum wypełniła pustkę istniejącą między działaniami różnych instytucji. Dzieci, które trafiają do CIK muszą otrzymać pomoc polegającą na tym, że ktoś uwierzy, że grozi im niebezpieczeństwo. A strach, lęk i wstyd nie wynikają z naturalnej „burzy hormonów” i nie są oznaką odmienności, dziwactwa, jak próbują to traktować nie wtajemniczeni widzowie. Interwencja kryzysowa jest, w tym wypadku próbą pozyskania zaufania do dorosłego człowieka i do instytucji życia publicznego.
Prawa dzieci.
Rzadko jednak, potrzeby naszej młodej klientki uwzględnia krajowy system prawny, a także oświatowy. Należy pamiętać, że zgodnie z art. 95 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego władza rodzicielska trwa aż do uzyskania przez dziecko pełnoletniości (do ukończenia 18 roku życia). Ponadto, jedną z podstawowych zasad Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997r., jest zasada szeroko rozumianej ochrony rodziny, jako podstawowej komórki społecznej. Została ona wyrażona w art. 18 który stanowi, że „małżeństwo kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką RP.” Czytając uważnie te przepisy dojdziemy do frustrujących wniosków, że priorytetem w Polsce jest ochrona rodziców przed jakąkolwiek ingerencją osób trzecich w wychowanie dziecka. Dziecko, przez 18 lat życia jest niejako „własnością” rodziców.
Co jednak zrobić, gdy taka ingerencja może uratować dziecku życie? Wszak władza rodzicielska, zgodnie z kodeksem rodzinnym i opiekuńczym ma być wykonywana także w interesie społecznym? Prawdą jest, że w większości przypadków władza rodziców sprawowana jest dla dobra dziecka i wierzę, że zarówno serca jak i rozum podpowiadają większości dorosłych to, co najlepsze i najkorzystniejsze dla dziecka. W pierwszych latach XXI wieku takie myślenie jest jednak zbytnim uproszczeniem. Są przecież tego niechlubne przykłady. Ostatnimi czasy, nietrudno w naszej praktyce, a nawet w pospolitych doniesieniach mediów, o przykłady szczególnego okrucieństwa rodziców wobec dzieci.
Sposobów jest kilka. Można odwołać się, do samej Konstytucji RP, która w ust.1 art.48 stanowi, że wychowanie powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania. Wydaje się, że podstawowym warunkiem realizacji tego zapisu, powinien być obowiązek wysłuchania dziecka przed powzięciem decyzji w kwestiach jego dotyczących, o ile warunki osobiste dziecka (zdrowie, kondycja psychiczna) na to pozwalają. To oczywiste, nieprawdaż? Dalej, rozważając problem zaufania, czyli uwzględniania woli dziecka, nie sposób nie uwzględnić prawa międzynarodowego (bo nasz kodeks rodzinny i opiekuńczy dyskryminuje w tym względzie prawa dziecka), gdzie m.in. Rada Europy w dniu 28 lutego 1984r, w Rekomendacji Nr R/84/4 proponuje zmiany w ustawodawstwie, które doprowadzą do „stworzenia korzystniejszych warunków dla rozwoju osobowości dziecka i ochrony jego interesów moralnych i materialnych, przy jednoczesnym poszanowaniu równości praw jego rodziców”, tam też sformułowano zasadę (Nr3): „nakaz zapoznania się ze stanowiskiem dziecka przy podejmowaniu decyzji w sprawach obowiązków rodzicielskich”. Pomoc uzyskujemy także dzięki temu, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej źródłem naszego powszechnego prawa stały się, ratyfikowane przez nasz kraj, konwencje międzynarodowe. Znajdujemy w nich m.in. art.12 Konwencji o Prawach Dziecka (ratyfikowanej przez Polskę), która nakazuje stworzenie dziecku możliwości wypowiadania się w każdym postępowaniu sądowym i administracyjnym. Przyznam, że mimo iż staram się na bieżąco monitorować przebieg postępowań gdańskiego sądu i prokuratury w sprawach dotyczących skrzywdzonych dzieci, nigdy jeszcze nie zetknąłem się w tych instytucjach z zastosowaniem powyższej wykładni praw dzieci.
Epilog.
Nasza młoda klientka będzie żyć dalej. Niemało młodych ludzi, mimo okropnych, własnych doświadczeń radzi sobie wspaniale. Są silni, pomysłowi, inteligentni i zdeterminowani, żeby przeżyć. Jest ich cała armia. Uczą się, walczą o swoje miejsce w dobrej szkole, po jakimś czasie ubierają „mundurki” yuppies i robią karierę zarabiając pieniądze i zdobywając upragnioną samodzielność. Niektóre z naszych młodych dziewcząt rozpaczliwie czepia się pierwszej miłości i u boku równie młodego narzeczonego, z maleńkim dzieckiem na ręku zaczyna własne życie. Czasem chłopcy idą do wojska lub policji mając nadzieję na stabilizację i pewną pracę. To banalne, ale warto im pomagać. Na wszystkie możliwe sposoby, nie żałując czasu, ani pieniędzy. Lepsze to niż walka z przestępczością, lepsze niż kiepska resocjalizacja i leczenie ciężko chorych.
Krzysztof Sarzała, Gdańsk, 2004
„Jak tworzy się legenda” Prace Rady ds. Przeciwdziałania Przemocy
Rada ds. Przeciwdziałania Przemocy od kilku miesięcy kontynuuje prace w nowym składzie, ale, mimo dość istotnych zmian personalnych, stara się kontynuować działania rozpoczęte przed laty. Przypomnijmy, że idea niewielkiego kolegium doradczego, złożonego z ekspertów z całej Polski, wywodzących się różnych środowisk, zaproszonych przez Dyrektora Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych narodziła się stosunkowo niedawno. Wtedy, gdy system przeciwdziałania przemocy w kraju rozwinął się na tyle, że środowisko profesjonalistów działających w tym zakresie oraz placówek udzielających pomocy ludziom doznającym przemocy, na stałe wrosły już w rzeczywistość. Były stale obecne w działaniach samorządów gmin, powiatów i regionów, niektóre procedury i sposoby reagowania stały się śmiesznie oczywiste, nikt już nie ważył się podważać (przynajmniej wprost) potrzeby roztaczania parasola różnorakich działań ochronnych nad osobami poszkodowanymi, a nawet konieczność podejmowania działań kierowanych do sprawców przemocy była już oczywistością. Zręby podstaw prawnych realizowanych działań związanych z przeciwdziałaniem przemocy już faktycznie istniały (niektóre zapisy ustawy o pomocy społecznej, o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, inne) lub powstać miały lada moment (ustawa o przeciwdziałaniu przemocy i jej prawne „emanacje”). Że o mocno zakorzenionych już praktykach bezpłatnych, doradczych linii telefonicznych, grup, ośrodków wsparcia i pomocy psychologicznej dla dorosłych i dzieci – nie wspomnę. Wydaje się, że w dość naturalny sposób pojawiła się wtedy potrzeba porządkowania istniejącego „gospodarstwa”, i poddania ewaluacji jego skuteczności, w czym – w założeniach – miała pomóc powołana Rada, mniej lub bardziej szczęśliwie wyłoniona - uznaniowo w końcu, przez inicjatora przedsięwzięcia – prof. Jerzego Mellibrudę. Dwa lata kadencji i systematycznych spotkań pierwszego składu Rady przyniosły przede wszystkim: zapoczątkowanie działania systemu potwierdzania kwalifikacji specjalistów zajmujących się przeciwdziałaniem przemocy, kilkadziesiąt nominacji na specjalistę przyznanych osobom bezdyskusyjnie zasłużonym dla rozwijającego się krajowego systemu oraz pakiet narzędzi (testy, formuła egzaminu) do potwierdzania kwalifikacji wszystkim, którzy do takiego miana pretendują. Oczywiście, nie obyło się bez błądzenia, nieporozumień i innych grzeszków, których nie da się wytłumaczyć wyłącznie brakiem podobnych doświadczeń i pionierskim charakterem pracy zespołu. Zarówno w poprzednim, jak i obecnym składzie, Rada nie jest grupą „prestiżową”, czyli taką, której sednem obrad jest wyliczanie własnych zasług, lecz jest grupą osób posiadających własne, czasem radykalnie odmienne, ścierające się poglądy, które próbuje się godzić, mając na względzie postawione przed nią cele. Na uwagę i podkreślenie zasługuje fakt, że mimo nieoczekiwanych – bo niezwiązanych z wtajemniczeniem członków Rady - decyzji personalnych dotyczących zarządzania PARPA, wszyscy kolejni przedstawiciele Dyrekcji Agencji odnosili się do działań Rady z szacunkiem i akceptacją, co nie jest takie znowu oczywiste w naszej „śmieszno-strasznej” rzeczywistości. Obecne działania Rady stanowią logiczną kontynuację, choć rzeczywistość wokół nas nieco zmieniła się. Nie można nie zauważyć, że „międzyczas” przyniósł ustawę o przeciwdziałaniu przemocy, Krajowy Program Przeciwdziałania Przemocy i pierwsze oznaki tworzenia lokalnych (samorządowych) programów przeciwdziałania przemocy. Warto chyba wyjaśnić, że Rada, mimo iż działająca od dłuższego czasu, nie została zaangażowana przez inicjatorów wspomnianych aktów prawnych do efektywnego ich współtworzenia lub zaopiniowania chociażby, a i dalsze działania Ministerstw: Zdrowia oraz Pracy i Polityki Społecznej nie uwzględniają jakoś specjalnie doświadczeń członków Rady. Trudno nie wyrazić choćby żalu i ubolewania, bo być może skutkowałoby to uniknięciem, co bardziej niefrasobliwych zapisów pokutujących na cierpliwym papierze do dziś. Najbardziej angażujące członków Rady prace wiążą się obecnie, przede wszystkim, z wyzwaniem, jakiemu nie potrafiono sprostać w poprzedniej kadencji – zadaniem standaryzacji placówek i instytucji zajmujących się przeciwdziałaniem przemocy. To, w założeniach, miał być kolejny, konsekwentny krok w kierunku zrobienia rzetelnej „fotografii” istniejących zasobów, jakimi dysponujemy, zrobienia swoistego „remanentu”, połączonego z wyznaczeniem praktycznych ram, stanowiących model działania i dążenia. Pamiętam, że kiedy kilka lat temu gośćmi międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez IPSCAN w Warszawie (a właściwie zorganizowanej przez wielce zasłużoną tutaj Fundację Dzieci Niczyje) byli dwaj sympatyczni amerykanie, profesorowie: W. Friedrich i M. Chaffin, jeden z wykładów inauguracyjnych poświęcili właśnie systematycznej ewaluacji podejmowanych działań, zwracając uwagę uczestników na fakt, jak ważnym aspektem każdej formy pomagania jest refleksja nad efektywnością działań. Nawet najszczersze chęci i najczystsze intencje nie dostarczą wystraczających gwarancji, że udzielana pomoc będzie przynosić pożądane skutki, a wręcz przeciwnie: wszelki automatyzm działania i bezrefleksyjne powtarzanie utartych schematów, w takim kraju jak USA przez lata skutkowało generowaniem gigantycznych kosztów bez spodziewanych efektów. Nawet tam. Wyobraźmy sobie więc, że każdy z nas, zajmujący się problematyką przemocy w rodzinie, potrafi swobodnie określić narzędzia służące do realizacji sprawdzonych, a w konsekwencji - efektywnych form działania. Wiemy, jaki jest wzorzec, np. punktu konsultacyjnego, ośrodka, telefonu wsparcia, hostelu, ośrodka interwencji kryzysowej. Jasne jest, jaki jest katalog oczekiwanych usług, niezbędne minimum w ofercie poszczególnych jednostek, co pozwala przyporządkować odpowiednią rangę jednostce. Wzorzec, którym możemy się posługiwać jest o niebo dokładniejszy niż te wytyczne, które zawarte są w istniejących aktach prawnych. Wyobraźmy sobie, że dysponujemy standardami i używamy ich - nie jako środka kontroli - lecz jako wskazówki, którymi mogą kierować się samorządowcy przy tworzeniu nowych miejsc lub przy modernizacji miejsc istniejących, którymi mogą kierować się zarządzający aby ich firmy stanowiły optymalne uzupełnienie „zazębiającego się wzajemnie” systemu, które mogą być także wyraźną wskazówką dla wykonawców zleceń, dla poszukujących wsparcia merytorycznego organizacji z sektora pozarządowego. Dzięki nim, potrafimy pokazać, jaka jest optymalna oferta placówki, skład kadr, kwalifikacje zespołu. Fantazjując dalej, wyobraźmy sobie, że potencjalni beneficjenci systemu nie mają trudności z wyborem miejsca, w którym skorzystają z pomocy, bo wiedzą, co kryje się za poszczególną formą (rekordem) obecną w bazie danych lub na kartach informatora. Rada tworzy swoistą „legendę” - niezbędny element każdej mapy. Zadanie, okazuje się nie takie proste, biorąc pod uwagę wielość istniejących miejsc pomocy, które sprawdziły się w wielu regionach Polski, które działają i mają nawet długoletnią, chlubną historię, lecz skutecznie opierają się jednolitym schematom. Punkty, poradnie, ośrodki, telefony, hostele, schroniska różnią się między sobą pięknie. Są wśród nich te, z bardzo rozbudowaną ofertą pomocy psychologicznej, prawnej, socjalno- bytowej, dysponujące wieloosobowymi zespołami, bogate w zaplecze i oprzyrządowanie ułatwiające różne formy pracy, dysponujące imponującą bazą lokalową i takie, które starają się pomóc w prosty sposób, np. udzielając jedynie krótkich porad i jednorazowego wsparcia udzielanego przez wolontariuszy wyposażonych, co najwyżej w najlepsze chęci i entuzjazm. Są placówki samodzielne, z wyodrębnioną bazą, kadrą, zapleczem i takie, które działają jako jednostki organizacyjne innych, większych podmiotów. Zadanie stające przed Radą jest więc nieco karkołomne, bowiem polega na doszukaniu się prawidłowości i podobieństw w nieskończonej wielości i różnorodności. Po wielu spotkaniach, godzinach pochłaniających rozważań i dyskusji, narzędzie wydaje się być jednak bliskie ukończenia, przede wszystkim dzięki kreatywności członków podzespołu zadaniowego: Lilki Krzywickiej i Jacka Lelonkiewicza, których starał się nieudolnie wspierać niżej podpisany. Żeby zdać sobie sprawę z poziomu trudności, warto wziąć pod uwagę, że na zadanie to, ma poważny wpływ szereg zmiennych, które są absolutnie niezależne od członków Rady, o czym pisałem już powyżej. Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy narzuca - na przykład - pewną systematykę placówek; istnieją w niej ośrodki wsparcia (gminne, powiatowe), specjalistyczne ośrodki wsparcia, ośrodki interwencji kryzysowej. Nie wspomina, z drugiej strony, o takich podmiotach, które też zapewniają wsparcie, jak: punkty konsultacyjne, telefony interwencyjne, zaufania, in. Ale one istnieją! Pracom Rady towarzyszą też oczywiste obawy jej członków. Każdy standard, jak wiadomo może być zbawienną pomocą, użytecznym narzędziem, lecz równie dobrze może się stać koszmarnym utrudnieniem, gdy zostanie potraktowany jak dogmat. Użyte w nieprzemyślany sposób, każde narzędzie może stać się barierą lub zgubną bronią. Rzecz jasna, Rada chciałaby uniknąć tego niebezpieczeństwa. Poruszanie się po polskiej mapie możliwości, zasobów, wspaniałych inicjatyw podejmowanych w przeróżnych środowiskach jest intrygującą przygodą, wciąga coraz większe rzesze ludzi poświęcających się pomaganiu. Jest jak podróż, odbywana zarówno przez młodych adeptów, jak i doświadczonych psychologów, po krętych drogach, ścieżkach czasem, w poszukiwaniu najlepszych rozwiązań tego strasznego i wyniszczającego problemu. Obecne prace Rady ds. Przeciwdziałania Przemocy działającej przy PARPA to jak żmudne rysowanie legendy do takiej mapy.
Krzysztof Sarzała, Gdańsk, marzec 2007
Polowanie na czarownice
Refleksje w rok po tragedii w gdańskim gimnazjum
Minął rok od samobójczej śmierci Ani z gdańskiego gimnazjum. Wydarzenia, które wówczas nastąpiły, tocząca się z impetem kuli śnieżnej medialna zawierucha, która przeszła w ogólnonarodową debatę skutkującą radykalnymi posunięciami rządu – z pewnością nie miały nic wspólnego z żałobą nad tragicznie zmarłą dziewczynką oraz z szacunkiem dla pozostawionych w cierpieniu rodziców. Ich ból został im brutalnie odebrany i wykorzystany w celach politycznych, propagandowych, sensacyjnych. Tej krzywdy nie sposób już cofnąć. Wydarzenia owe pokazały jednak także postawę polskiego rządu oraz społeczeństwa wobec problemu przemocy. Postawę walczącą, z pozoru twardą i nieustępliwą, jednak przy głębszym zapoznaniu się z nią – całkowicie irracjonalną, przepełnioną lękiem i pragnieniem ucieczki przed odpowiedzialnością. Przypatrzmy się bliżej tej sprawie. Przez kilka miesięcy po śmierci Ani przez kraj przetaczała się fala doniesień o próbach samobójczych oraz przemocy wśród młodzieży. Z jednej strony z pewnością można mówić o wejściu w życie działaniu tzw. efektu Wertera (jest to udowodniony związek między nagłośnieniem w mass mediach faktu popełnienia samobójstwa a wzrostem liczby popełnionych samobójstw), za co podziękować można mediom nieodpowiedzialnie epatującym gdańską tragedią. Z drugiej – zadziwia szokująca hipokryzja, która pozwalała władzy i opinii publicznej w histeryczny sposób wypowiadać się na temat skali problemu przemocy wśród młodzieży. Sposób histeryczny, bowiem zjawisko przemocy w szkołach istnieje od wielu lat, przez które ani owa oburzona opinia publiczna, ani miotający groźby rząd nie zajęli się nim w szczególnie troskliwy sposób. Można podejrzewać, iż trzeba było tragedii i – przede wszystkim – burzy medialnej, aby niedostrzeganie problemu przemocy stało się niemożliwe. Teraz jednak ów problem, choć dostrzeżony, stał się bardzo niewygodny. Przemoc w gdańskim gimnazjum, tak jak w każdej innej szkole w kraju, nie była – jak wielu chciałoby myśleć – wynikiem działań zdemoralizowanych nastoletnich potworów, z natury i przyrodzenia pełnych nienawiści i zła. Na wykształcenie u młodego człowieka przekonania, że można krzywdzić innych aby osiągnąć swoje cele, że siła fizyczna rozwiązuje problemy, że bicie i upokarzanie może być sposobem na życie, zapracować musiało wiele osób. Lista czynników, które mają wpływ na wykształcenie osobowości dziecka, jest zbyt długa, by przytaczać ją w całości. Postawy i zachowania rodziców, system opieki nad dzieckiem w szkole, ogólnospołeczne normy i wartości, socjalne warunki życia, wszystko to i wiele, wiele innych zmiennych – wśród których, powiedzmy jasno, wrodzona tendencja do agresji także ma swoje miejsce – wpływa na kształtowanie zachowań agresywnych. Wydaje się jednak, że największa rola spoczywa na relacjach, jakie dziecko ma z innymi ludźmi – z początku rodzicami, później nauczycielami i rówieśnikami. Związki pełne troski, zainteresowania, ciepła – procentują tym samym. Relacje odrzucające, zimne, puste – także będą powielane. Jeśli młodzież stosuje przemoc, najprawdopodobniej sama jej doświadczyła w kontaktach z innymi (niekoniecznie w formie fizycznej). Działania podjęte po śmierci Ani i towarzyszący im nastrój to przykład kompletnego ignorowania przytoczonych faktów. Społeczeństwo, idąc za przykładem z samej, rządowej, góry, przeraziło się współodpowiedzialnością za licznie zgłaszane tragedie. Stojąc w obliczu faktycznego stanu, wobec przemocy, której nie sposób już nie zauważać, nie zniosło dotkliwego poczucia współwiny i postanowiło w prześladowczy sposób umieścić ową winę gdzieś na zewnątrz (posługując się klasycznym psychologicznym mechanizmem projekcji). Owładnięci masową paranoją zaczęliśmy polowanie na czarownice. System jest prosty – zlokalizować winowajcę, wykrzyczeć winę, wywiesić na rynku. Jak za czasów Wielkiej Inkwizycji: akt oskarżenia, wysłuchanie „winnego” czy dokładniejsze zbadanie sprawy mogą poczekać. Lud potrzebuje szubienic. Błyskawicznie karząc domniemanego winowajcę jak najsurowiej, niezależnie, czy będzie to nauczyciel, rodzic, czy sam nastolatek, oskarżyciel-społeczeństwo zwalnia się od poczucia własnej odpowiedzialności za daną sytuację. W takich okolicznościach przeciwdziałanie przemocy nie jest możliwe. Zamknięcie dziesiątej części uczniów w koloniach karnych jest bardzo skuteczną demonstracją siły, podobnie jak postulowane wprowadzenie surowych reżimów przy selekcjonowaniu kadr nauczycielskich. Demonstracje siły mają zaś to do siebie, że bardzo skutecznie przemocy… uczą. Kto ma więcej siły, może robić z innymi, co mu się podoba. Podejście bardzo wychowawcze. Autorytatywne okrzyknięcie nastolatka zwyrodnialcem, a jego rodziców odpowiedzialnymi za odchowanie potwora z pewnością pomoże jasno określić „winnego”. Pozwalam sobie jednak wątpić, że ma jakąkolwiek inną wartość. U podłoża ówczesnych działań, deklaracji i nastrojów leżał lęk przed podjęciem odpowiedzialności. Jeśli nasze dzieci są chore na przemoc, to dlatego, że my jesteśmy chorzy na przemoc, że nasze społeczeństwo jest chore na przemoc. Mamy przemocowe rodziny, przemocowe systemy szkolne, przemocowe wartości i przemocową władzę. Nie jest to nihilistyczna kontestacja – jest to fakt. Widząc ten fakt, możemy bądź przyjąć swoją własną odpowiedzialność za przemoc, odnaleźć własne błędy i korygować je, bądź też szybko znaleźć „winnych” i składać ofiary z ludzi dla odkupienia własnego sumienia. Wszystko wskazuje na to, że wybieramy to drugie. Z samobójczą śmiercią Ani z gdańskiego gimnazjum łączona była przemoc, której doznawała w swojej klasie ze strony kolegów. Sprawa przeciwko nim nadal (po roku od tragicznego zdarzenia!) toczy się w sądzie, co oznacza, że stosowny organ władzy państwowej nie orzekł jeszcze o niczyjej winie. Jeśli istnieją dowody na to, że popełnili przestępstwo, to zasłużyli na stosowną karę, co reguluje polskie prawo. Społeczeństwo jednak już pod koniec ubiegłego roku wydało wyrok. Czarownice znaleziono w osobie nastoletnich chłopców, bez żadnej kryminalnej przeszłości, o nie ustalonej jeszcze winie w sprawie znęcania się nad koleżanką. Uznani za diabłów wcielonych, ponosili „zasłużoną karę” z dala od rodzin, w warunkach zakładu zamkniętego. Niezależnie od przyszłego orzeczenia sądu w ich sprawie, mogliśmy zaobserwować klasyczny mechanizm przemocy. Silniejszy, czyli społeczeństwo, boi się - własnej odpowiedzialności. „Bije” więc słabszego: nastoletnich podejrzanych. Możemy czuć się bezpieczni i spokojni. Przynajmniej do czasu, gdy słabszy stanie się silniejszy. Minął rok. Pozorne działania naprawcze w postaci programu o niefortunnej nazwie „zero tolerancji” oraz tyleż budzących grozę, co wykpiwanych sławetnych „trójek giertychowskich” rozbłysły i zgasły, a ich głównym efektem było kilka konferencji prasowych ówczesnego ministra edukacji. Dla mediów, polityków i opinii publicznej sprawa śmierci Ani jest już od dawna zapomniana. Czas pokazał, że poza organizacją ogólnopolskiego spektaklu medialnego połączanego z „wieszaniem czarownic” nie zrobiono nic, co mogłoby w rozsądny sposób pomóc przeciwdziałać przemocy w szkołach. Po tragicznie zmarłej gdańskiej dziewczynce nie przeżyto żałoby, po prostu o niej zapomniano. Podobnie stało się z problemem przemocy – tak, jak nagle znalazł się w samym centrum zainteresowania, tak też po pewnym czasie zainteresowanie minęło, a problem został ponownie wymieciony pod dywan. Informacje o rodzicach katujących swoje dzieci, o młodzieży znęcającej się nad rówieśnikami, o rażących nadużyciach i zaniedbaniach, opuściły pierwsze strony gazet i wróciły na należne im miejsce – do dodatków regionalnych. Nie zmieniło się nic.
Lech Kalita, Gdańsk, wrzesień 2007
Crisis Intervention After Major Disasters
By Daniel Benveniste, Ph.D.
In this article the author presents a brief description of acute stress disorders and describes some early intervention strategies for working with traumatized adults and children in the immediate aftermath of a major disaster. It was written in response to the December 1999 floods that devastated much of Venezuela, killed 50,000 people and left 500,000 homeless and psychologically traumatized. The content of the article was originally presented in a lecture format for professionals and lay people who went out to work with the survivors in the shelters. It was then written in English, translated into Spanish, distributed to counselors in the shelters in Caracas, and sent out on the Internet to mental health professionals across the country. Though it was written for mental health professionals working with victims of the Venezuelan floods, it will hopefully be useful to other mental health professionals, in the future, working with survivors of a wide range of major disasters.
WHAT IS A PSYCHOLOGICAL CRISIS?
A psychological crisis comes about when a traumatic event overloads a person’s capacity to cope in his or her usual fashion. Psychological crises cannot reliably be predicted based on the events that precede them. An event that precipitates a psychological crisis for one person is not necessarily going to precipitate a crisis for another person. Nonetheless, some events commonly precipitate psychological crisis reactions. These include physical assaults, torture, rape, automobile accidents, intense personal losses, and natural catastrophes such as earthquake, fire and flood. Events like these will often induce a psychiatric disorder that we call an ACUTE STRESS DISORDER. The Acute Stress Disorder is characterized by feelings of intense fear, helplessness and horror. There may also be an emotional numbing, a lack of emotional responsiveness, a feeling of detachment, reduced awareness of surroundings, a sense of unreality or amnesia. People suffering an Acute Stress Disorder may feel anxious, excitable, agitated, distressed, despairing, irritable, or hopeless. They may re-experience the event in recurring dreams, flashbacks, or persistent memories of the trauma. The person may avoid people, places and objects that may re-awaken memories of the traumatic event. They may have difficulty concentrating and may have difficulty functioning in their usual way at home and at work. They may also suffer survivor guilt or guilt for not providing enough help to others. Some people may become aggressive or self destructive, disregard selfcare, become confused or behave in a bizarre fashion. When dealt with quickly, the symptoms of Acute Stress Disorder will typically diminish or disappear entirely within 30 days. In some cases, particularly when untreated, Acute Stress Disorder may persist. If its duration is from one to three months we call it an ACUTE POSTTRAUMATIC STRESS DISORDER. When the symptoms last more than three months, we call it a CHRONIC POSTTRAUMATIC STRESS DIORDER. (The above diagnostic information is derived from the DSM-IV, 1994) It is not uncommon for untreated Posttraumatic Stress Disorder symptoms to persist for many years and become serious constraints on a person’s life. It is also important to remember that when a person struggles with a severe stress reaction, it is likely that the family or any other people around the patient will also be affected by the symptoms of the patient’s Post Traumatic Stress Disorder.
WORKING WITH ACUTE AND POST TRAUMATIC STRESS DISORDERED PATIENTS
Counselors working with Acute and Posttraumatic Stress Disordered patients may assist them in the management of the post-traumatic event tasks (informing others, making calls, rescheduling the person’s daily routine), and providing a safe place to talk about either the event, the person’s symptoms, or whatever else is foremost on the patient’s mind. Though it is sometimes initially painful to talk about the traumatic event, people often report a sense of relief and a reduction of symptoms after they have been able to talk about the event. They can see the situation more clearly after putting the pieces of the problem out on the 2 table and looking at them all, together with a counselor. While adults may talk with a therapist, a child suffering an acute stress reaction is likely to talk about it in the child’s non-verbal language of play as well as in the verbally spoken metaphors of the stories they tell from their imagination. So with children, we are more likely to conduct a play therapy session (more about this later). In many circumstances, as mentioned above, the sudden behavior change of the traumatized person affects the whole family. When this happens it is often helpful for the whole family to meet with a therapist who can help them address the difficult issues and improve communication between family members. A traumatic event is one in which a person’s coping mechanisms are overwhelmed by the intensity of the situation. In treating Acute Stress Disorder and Post Traumatic Stress Disorder we want to recover the event, break it down into smaller pieces, understand it, master it, digest it and make it all more intelligible. There are, however, some circumstances in which the person is uninterested or unable to speak of the specific traumatic event. In these circumstances the person is encouraged to speak about whatever is uppermost in his or her mind and their symptoms sometimes diminish nonetheless.
COUNSELORS WORKING WITH VICTIMS OF NATURAL DISASTERS
In natural disasters such as earthquakes, catastrophic fires and floods it is important for counselors to remember that everyone is affected by the crisis, including the counselors themselves. As such, there are several useful principles to keep in mind:
1) COUNSELORS NEED TO TAKE CARE OF THEMSELVES AND EACH OTHER – PHYSICALLY AND EMOTIONALLY.
It is easy for counselors to become overwhelmed and emotionally drained by this kind of work. They need to take breaks, eat properly, and rest when they become tired. A traumatized and overwhelmed therapist is not able to be as helpful to the people that need him or her. Experienced psychologists and psychiatrists who have never worked in crisis before are often quite surprised to discover how exhausted they feel after doing crisis counseling for only three or four hours.
2) COUNSELORS NEED TO REMEMBER TO THINK CLEARLY.
It is easy to lose perspective and become confused in a crisis. Counselors should try to slow down, make a checklist of priorities to address with each case, and discuss their clinical decisions with their colleagues.
3) COUNSELORS NEED TO SET PRIORITIES.
In a crisis people often lose their ability to evaluate what is important from what is not. With each case it will be helpful for the counselor to have a checklist for guiding him or her through the work. It might include information such as: name of patient, age, address, family members, physical illness or injury, time of last meal, etc. Safety, medical concerns, sleep, food, and shelter must be either attended to or considered before any psychological treatment can begin. People cannot overcome their fear until the real danger has been removed. Many people are delirious, anxious or depressed because of medical problems. Others are agitated due to lack of sleep. If a person hasn’t eaten for a while they may be depressed, agitated, or have difficulty thinking. It is dangerous to treat these kinds of problems as simply psychological problems. Sometimes a patient needs a meal, a rest, some first aid or some medication more urgently than anything else.
4) COUNSELORS NEED TO WORK COLLABORATIVELY AND SEEK SUPERVISION FROM ONE ANOTHER.
Crisis work is best performed in a site where intense interdisciplinary interaction between colleagues is possible. Such an environment gives counselors the opportunity for mutual supervision and consultation with medical doctors, nurses, psychiatrists, psychologists, social workers and others involved. It is easy for counselors to become overwhelmed with the intensity of the problems and find their thinking clouded. Consultation becomes essential for conscientious crisis intervention.
5) WORKING WITH PATIENTS IN CRISIS IS NOT THE SAME AS SEEING PATIENTS IN A PRIVATE PRACTICE OR A CLINIC SETTING.
Your crisis intervention "office" may be a large room with many other people in it doing all sorts of different things or it may not be in a building at all. Confidentiality may be seriously compromised by the 3 nature of the emergency and the need for support from others. Office hours in a crisis have nothing to do with the clock. The counselor meets with people when they are in need. Sessions last as long as the needs and resources allow them to last.
6) COUNSELORS WORKING IN A CRISIS NEED TO BE LIGHT ON THEIR FEET.
They need to leave the private practice model behind and even leave the clinic model behind. They need to look at the situation for what it is and be as creative and innovative as they can. They need to improvise with space, time, materials and resources. They need to collaborate closely with others. They need to assess their task and choose goals appropriate to the circumstances and the situation. They need to be forgiving of others and themselves when they lose their composure. And, if at all possible, they need to maintain their sense of humor.
CRISIS INTERVENTION
The crisis intervention setting is different from a clinic setting. The counselor may be in a school or a church, in a field or under a tree. And just as the crisis intervention setting is different from a clinic, so too are the problems the crisis counselor deals with. The problems include the kinds of symptoms described above in the section describing ACUTE STRESS DISORDER. During the crisis the goal of treatment is not characterological change, or insight into the childhood origin of the patient’s problems. The goal of crisis intervention is to help the patient to COPE with the trauma. The goal is to help the patient ADJUST to the new situation. The goal is to RETURN THE PATIENT TO THE PREVIOUS LEVEL OF FUNCTIONING. These goals are met by inviting the patient to talk about his or her experiences, get some perspective on the event, sort out the associated feelings, and problem solve about how to deal with his or her problems.
FIRST CONTACT
In the first contact it will be useful to get a little bit of information like the person’s name, medical condition, social support system, etc. but the crisis patient should not be subjected to a lengthy intake evaluation. The counselor should try to set the patient at ease, clarify the task and invite the patient to talk. A good crisis counselor is a good listener but the crisis counselor is often more active than a psychotherapist who sees patients on an on-going basis. The crisis counselor clarifies, reassures, educates, offers advice about practical matters that the patient needs to deal with, and refers patients to appropriate agencies and programs. The counselor needs to be very mindful of the patients medical condition, seek medical consultations about any concerns they may have and refer patients for medication consultations whenever anxiety, depression, agitation or sleeplessness are at levels that severely impair functioning or make the crisis intervention impossible.
LONG AND SHORT TERM GOALS
In the midst of a crisis, people lose perspective. They are flooded with thoughts and feelings. They have difficulty setting priorities and as a result they tend to get very concerned about things they can’t deal with and tend to avoid or ignore the more immediate concerns of the moment that they can deal with. For this reason it is often useful to help the patient to organize their thoughts into two sets of goals - a set of shortterm goals and a set of long term goals. SHORT TERM GOALS include calming down, trying to come to terms with their intense fear, talking about what has just happened to them, getting shelter for the night, having something to eat, etc. LONG TERM GOALS include getting into a long-term therapy, looking for a job, finding permanent housing, etc. The crisis counselor needs to be very ACTIVE and DIRECTIVE in helping the patient sort out these two types of goals and then in attending, in a very practical way, to achieving the short term goals and making a plan to attend to the long term goals.
MAKING A PLAN
People in crisis have trouble concentrating, thinking straight, using good judgment, and setting priorities. It is often helpful for the therapist to take notes while talking to the patient to keep track of all the information and to have a list of topics to remind the counselor to cover during the interview. At the end of the session it is often very useful to actually WRITE UP A PLAN for the patient to follow and send the patient away with the plan in their hand. It is best to prepare the plan with the patient’s collaboration, to write the plan in legible penmanship, to number each of the points and to format it so that it is easy to read. It may say things like: 4 1) If I get upset I will talk to a counselor. 2) I will call my Uncle to see if he can help me out during the next two weeks. 3) I will talk to my doctor about replacing my usual medication for my asthma. 4) I will put my name on the list for low rent housing. 5) I will go to the agency to look for work
TELLING THE STORY
People develop the symptoms of an Acute Stress Disorder because they have been exposed to a traumatic situation that overwhelmed their ability to cope with the situation in their usual way. Consequently, their symptoms serve to cover or hide the overwhelming and unmetabolized experiences. Crisis intervention is intended to 1) help the patient tell his or her story, 2) get some distance on the event to help understand what had happened, 3) hang words on the experience and 4) return the patient to his or her previous level of functioning. As the patient tells the story of the traumatic experience he or she may cry, laugh, yell, whisper, fall silent for a while, recall another seemingly unrelated loss, or become preoccupied with some feature of the story that seems insignificant. The therapist should listen patiently and keep the patient returning to his or her story.
COMMON THEMES IN THE STORIES OF TRAUMA
In the process of hanging words on the experiences of trauma we find several recurring clinical pictures (this list is by no means inclusive): 1) Those who are overwhelmed by emotion and have difficulty speaking. 2) Those who don’t convey any emotion at all while telling a story of horror. 3) Those who feel guilty for surviving the disaster while other died or were hurt. 4) Those who feel that they either caused the calamity in some way or feel they should have done something differently to save someone. 1) When people are overwhelmed with emotions, counselors should help them calm down by taking them to a quiet place, offering a cup of water, allow them to emote for awhile and then trying to help them speak about what they are experiencing. Sitting with the patient in silence or letting him or her cry for a while is very helpful but eventually it will be important to help them try to speak about the unspeakable. 2) For patients who are emotionally numb the counselor can point out the usual feelings that most people might have in such circumstances and wonder with the patient what feelings might be hidden from view. BUT it is also important to remember that if a person is emotionally numb, it is to ward off the overwhelming affect. It is important that the counselor respects the patient’s defenses and gives him or her time to let the feelings about the experience come to the surface. Crisis counselors have recognized for many years the way that some victims of trauma may appear to be doing well in the first days following the crisis and then completely fall apart a week or two later, when they are in the safety of another context. 3) Though it is irrational, it is also very common to encounter people feeling guilty for surviving a tragedy that others did not. The crisis counselor needs to monitor suicidality in these patients and help them to mourn their losses by inviting them to talk about the people and things they have lost. It is sometimes useful to ask the person if his or her deceased loved one would have wanted the patient to suffer or be happy with the rest of his or her life. This tends to shift the focus from the survival guilt to the mourning that resides underneath it. 4) For those who feel that they may have, in some way, caused the flood or earthquake or feel they could have done something to save their family, it is important to help them recognize the power of the opponent they were up against, acknowledge the fear and confusion of the moment, and, again, help them to mourn their losses. After the person has told their story it is often good for them to tell the story again and again and again and again. Patients won’t need to be told to do this but they can be invited to feel free to tell their story repeatedly without feeling that they are boring people with the same story. Counselor can expect that with each telling the details of the story may be further elaborated and the pent up affect further released. 5
TERMINATION
Crisis counseling is, by its nature, very brief. Many interventions take place entirely in one session. It is important to conduct the session as a single session treatment. If the counselor sees the patient again, that is fine but it is helpful to regard each session as an intervention unto itself. The crisis intervention should end with a concrete plan for the patient to follow. The plan should be written and given to the patient. If the patient is a child the plan should be given to the adult in charge or placed in a chart for the child’s on-going care. The counselor should make any and all referrals that might be necessary and, then, the patient and therapist need to say their good-byes . The therapist needn’t worry about being too neutral. It is okay in crisis counseling for the counselor to express sadness and anger about the tragedy the patient met, to offer advice and to wish the patient good luck. Though physical contact is avoided in psychotherapy, hugs are not uncommon in the midst of catastrophic events. A reassuring touch or a hug can sometimes make all the difference in the world. While counselors need not be phobic about touching a patient, it is important to remember that the crisis patient is often feeling like an exposed nerve and too much physical affection can sometimes be confusing.
CHILDREN
Most of what was said above applies to children as well. The big difference, however, is that when children tell their story they will tend to speak more in the language of play and the metaphors of their imagination. As such it will be helpful to meet children who have suffered traumatic experiences with a pocket full of crayons and a pad of paper and/or a pile of toys or puppets. With the paper and crayons children can DRAW A PICTURE and TELL A STORY that will reflect their concerns in metaphor. The invitation is for them to draw whatever they want and tell a story about it. To help the counselor understand the metaphor it is useful to invite the child to talk about the picture. The counselor should not ask, "What is it?" but rather "What can you tell me about this?" "What happened before this scene that we see here in this picture?" "What is going to happen next?" It is often useful to write the story down as the child dictates it to the counselor. Afterward the counselor can read the story back to the child and the story can be elaborated. In this way, the counselor and the child have the opportunity of entering into a dialogue about the monster or the war or the big animal or whatever other metaphor might be used to speak of their concerns about their traumatic experience. Drawing a picture and telling a story is also a useful technique when children experience flashbacks of the trauma or are awakened by nightmares of the trauma. When they can draw their dream and tell a story about it they can often get some distance on it and manage it a little better as well. When children wake up at night frightened from a terrible nightmare, it does no good to deny the existence of the monster that they just saw! Instead, ask them to show you what they saw by describing it, acting it out, drawing a picture of it or telling a story about it. Often no interpretation of the material is necessary. The counselor should just let the children express themselves and elaborate their stories while the counselor remains curious and empathizes with the affect. If children have some difficulty getting started the counselor can invite the child to draw a picture of the traumatic event, the house before and after the flood, the trees before and after the fire, the building during the earthquake, etc. TOYS and PUPPETS provide the same opportunity to express the child’s deepest concerns in the metaphors of play. CONNECTIONS, DISCONNECTIONS AND RE-CONNECTIONS We all know ourselves and find pleasure in our world through the connections we have to the people, places and things in our lives. When those connections are cut due to fire, flood or earthquake, children and adults become frightened not only by the event they just suffered but also by the disconnection from everything that once was their world. In such circumstances it is important to try to reconstruct the world by hanging on to whatever has survived – including objects and memories. When working with children, it is often useful to invite them to draw a picture and tell their story while the counselor takes dictation. Afterward the child can draw pictures of his or her home before and after the disaster, draw pictures of the people he or she lost, draw pictures of how he or she used to feel and draw pictures of what the feelings are now. The stories they dictate can be read back to them and they can add additional stories and pictures in time. These pictures and stories can all be stapled together into a BOOK, which may, for the rest of their lives, be the only thing remaining of all that they lost. Children need to feel at home where they are. If possible, define their sleeping space, put their possessions in a bag, and offer some sort of consistency. Reassure them of your efforts to do your best to help them but don’t offer promises you can’t keep. Be honest. Help them to feel at home in their temporary shelters. They 6 will often enjoy having something like a toy that they can hang onto and use to maintain some sense security during an otherwise chaotic time. If possible it could be comforting to build some sort of schedule into the routine at the shelter. It might be useful to invite the children to sit together and have stories read to them. Children might also find some comfort in taking turns talking about their experiences of the trauma in a group context – but this should be monitored closely, as some children might be overwhelmed further in such an activity. If possible the children should have access to paper, crayons, pencils, toys, puppets, children’s books and safe places to play. The crisis counselors should expect upsets emerging seemingly out of thin air. The reason for this is that as children begin to feel safe, they will allow their memories and feelings to come to the surface and suddenly they may just begin crying. Other times a word, or an activity, or a person will serve as a trigger and suddenly the memories and feelings will come rushing in. Children may have symptoms of insomnia, eating problems, aggressive behavior, withdrawal, bizarre behavior, etc. It is best to initially look at all of this as an expression of the trauma but, in fact, some of it might be pre-existing behavior simply re-emerging within the context of the emergency shelter. In this regard, it is also important to remember that adults and children, affected by crises include people with the full range of diagnoses – depressives, obsessive compulsives, psychotics, addicts, mentally retarded people, borderline patients, etc. And in a crisis, counselors will see all of them. People will often fall apart in a crisis and look much worse than they usually do but after a suitable crisis intervention they will be able to cope with the situation, adjust to the new reality, and return to their previous level of functioning. Finally – and this is worth repeating again! – crisis counselors need to pace themselves in their work to avoid getting overwhelmed. If they do get overwhelmed they will need a crisis intervention themselves. This is not a joke. In fact, crisis counseling for emergency workers is becoming increasingly common. Though there is no shame in a crisis counselor needing a crisis intervention, whenever possible, we should try to avoid the possibility of the crisis counselor getting overwhelmed. The crisis counselor needs to pace him or herself, eat properly, rest properly, consult with colleagues on cases, and debrief (speak with a colleague or supervisor) about particularly stressful or upsetting cases. DANIEL BENVENISTE, Ph.D. is a clinical psychologist originally from San Francisco, California where he taught graduate courses in psychology and social work and had a private practice in psychoanalytic psychotherapy. He also worked for nine years at the Mt. Zion and Westside Community Crisis Clinics. He has been living and working as a psychotherapist in Caracas since March of 1999.
De javu
Ania, Jarek i inni... . Następny dramat rodzinny, następna porażka pedagogów, kolejne natarczywe tytuły z pierwszych stron gazet.
Bezsensownie, zupełnie niepotrzebnie odszedł człowiek, który miał dopiero rozpocząć swoje dojrzałe życie. Zapewne jak większość czytelników, szczerze nie chcę już czytać doniesień z jakiejś szkoły, o której wcześniej nawet nie słyszałem, i dowiadywać się, że doszło w niej do samobójstwa nastolatka. Nie chcę czytać o zahipnotyzowanych nieszczęściem rodzicach, rodzeństwie, o pustce w klasie, o otępiałych z bezsilności nauczycielach. Nie chcę poznawać tej szkoły i jej problemów. Przynajmniej nie w takich okolicznościach. Ale co jakiś czas, dzwoni zaprzyjaźniona pani redaktor i choć sama jest trochę zażenowana, i zapewne też zdaje sobie sprawę z bezsensowności sytuacji, znowu prosi o komentarz do najnowszej tragedii. Nie wiem dlaczego dzieci się zabijają i raczej nikt tego nie wie na pewno. Takim tragediom trzeba się jednak przyglądać uważnie. Trzeba badać je ostrożnie, opisywać dokładnie, wyciągać wnioski. Po to, żeby najlepiej przygotować się do kolejnej tragedii. Bo ona, bez wątpienia nastąpi. Takie przygotowania powinny toczyć się w zaciszu gabinetów psychologicznych, w pracowniach uniwersyteckich, na naradach specjalistów i praktyków. Wyniki tej pracy powinny niezwłocznie trafiać do wszystkich pracujących zawodowo z dziećmi i wszystkich menadżerów oświaty. Powinny być wnikliwie omówione w biurach kuratora oświaty, w pokojach nauczycielskich i w gabinetach dyrektorów szkół. Co prawda, śmierć nastolatka nie staje się przez to bardziej sensowna, ale każda następna jest mniej prawdopodobna. Każda szkoła i każdy lokalny urząd zawiadujący edukacją mógłby, w ten sposób przygotować własny, najskuteczniejszy z możliwych plan działania. W doskonałej komitywie wszystkich zaangażowanych stron: rządowych, samorządowych i tych mających bezpośredni kontakt z uczniami kryje się jedyne rozwiązanie trudnego – do bólu – problemu. Naiwnie sądziłem, że po wypadku z października 2006 roku, gdy samobójstwo popełniła uczennica gdańskiego gimnazjum, wszyscy przełknęliśmy gorzką pigułkę prawdy. Nie byliśmy dostatecznie przygotowani na wypadek takich właśnie zdarzeń w naszej szkole. Okazało się wówczas, że samo zaklinanie rzeczywistości – bo tym, w istocie jest brak jakiejkolwiek, wcześniejszej refleksji poświęconej niecodziennym, ale realnym zagrożeniom – nie wystarczy. Wydawało mi się więc, że na fundamencie tamtych, strasznych doświadczeń wypracowaliśmy klika solidnych narzędzi – procedur postępowania kryzysowego, które zostaną upowszechnione we wszystkich naszych urzędach i szkołach. Sam uczestniczyłem w naradach gdańskiego magistratu, brałem udział w kilku konferencjach oświatowych, w dużych polskich miastach. Nawet trudno jest mi sobie wyobrażać lepiej zorientowaną w problemie minister edukacji, niż tą, którą dziś mamy w Warszawie. A jednak myliłem się.
Kolejny dramat, tym razem związany z bytowską szkołą, wydaje się jakimś koszmarnym de javu. Tak jak poprzednio: o zdarzeniu dowiadujemy się od zaprzyjaźnionych redaktorów, a nie od menadżerów oświatowych. Rwetest i krzykliwe tytuły skutecznie wypierają zwyczajową, naturalną w takich wypadkach ciszę i zadumę żałoby po zmarłym. Zamiast wieńców w czerni i kirze, wokół szkoły pojawia się wianuszek wozów transmisyjnych. Zarządcy oświatowi ufają tylko intuicji, własnej cioci i gazetom, a gdzieś na końcu dopiero: specjalistom od zarządzania kryzysem. Procedury leżą nie ruszane w szufladach. Dyrektorzy panikują. Nauczyciele uciekają przed dziennikarzami. Dziennikarze ścigają nauczycieli. Kurator oświaty, tradycyjnie już pomylił rolę, więc zamiast wspierać i pomagać szkole - zamienia się w zjadliwego prokuratora. Rzecznik praw dziecka – wiadomo – milczy. Tragikomiczne to realia. Najbardziej ekscytujące jest, co oczywiste, poszukiwanie winnego. Przypomina to jakąś obłędną pogoń za lisem. Z dziwacznie niezdrowym zapałem tropi winnych pomorskie kuratorium (może to rzadka okazja, żeby przypomnieć o swoim istnieniu – bo czy ktoś widział inne oznaki życia tej dość zakurzonej instytucji?) ale i dziennikarze z upodobaniem podkręcają temperaturę. „Po śmierci Jarka poleci dyrektor?” – zadają taktowne pytanie.
Otóż, teraz powiem coś zupełnie nieodkrywczego, banalnego wręcz. Wina lub niewinność dyrektora ma, w tym momencie znaczenie absolutnie drugorzędne. Kryzys, w jakim się szkoła obecnie znalazła, wymaga najpierw rozwagi, opanowania chaosu, uspokojenia rozedrganych emocji i powrotu do normalności, a później analizowania i wnioskowania. Teraz, najbanalniejsze zadania stały się tymi najpilniejszymi: żyć dalej, mimo śmierci jednego z uczniów; przygotowywać uczniów do matury, realizować rozpoczęte programy, uczyć. Wprawdzie, nic już nie będzie takie jak dawniej, jednak żyć (i pracować) trzeba dalej. Wobec takich priorytetów, szkole potrzebny jest wprawiony i doświadczony zarządca, który zna swoich nauczycieli i orientuje się: tak w problemach jak i zasobach swojej firmy, bo wtedy nie będzie tracił czasu na jej poznawanie. Pracownikom szkoły, potrzeba oparcia w przełożonym. Szkoła w kryzysie jest chora więc pilnie potrzebuje zastrzyku: spokoju i stałości. Dlatego źle się stanie, jeśli dyrektor teraz właśnie „poleci”. Wszelkie radykalne zmiany pochopnie wprowadzane, będą działać jak nawrót gorączki i kolejny stan kryzysowy dezorganizujący życie szkoły. Ból będzie niemniejszy, za to do głosu dojdą: złość, agresja i strach. Strach, który i tak wydaje się być źródłem wszystkich tych, chaotycznych działań. Nie przeczę, być może, po „zaleczeniu” obecnych dolegliwości w organizmie szkoły, po faktycznym i mądrym przeanalizowaniu wszystkich okoliczności zdarzeń, po tym, jak upłynie dobrych kilka tygodni, które zwyczajnie muszą minąć - przyjdzie czas na dokonanie zmian i wprowadzenie nowej, może nawet radykalnej strategii lub wręcz „terapii”. Teraz jednak, jest najgorszy z możliwych moment.
A w całym tym zamieszaniu zapominamy, że nieodwołalnie odszedł młody chłopak.
